Uwierz we własne dziecko

Każdy z nas chce wychować dziecko na osobę pewną siebie. Ale czy wiemy, jak to zrobić?

Zbliża się czas ferii. Dzieci pojadą na turnusy i zimowe wakacje - zarówno ze swoimi bliskimi, jak i same.

Reklama

Wielu rodziców ma obawy przed puszczeniem swoich pociech na pierwszy samodzielny wyjazd. Czy dadzą sobie radę? Czy nie będą tęsknić? A co jeśli spotka je jakaś przykrość i nie będą potrafiły sobie z nią poradzić?

Te i inne pytania kłębią się w głowach dorosłych niepotrzebnie. Powinni raczej zadawać sobie takie: "Kiedy dziecko ma uczyć się samodzielności, jak nie teraz? Kiedy ma zdobywać doświadczenia, na podstawie których zbuduje swoją wiedzę o świecie? Kiedy wreszcie poznać ma, czym jest tęsknota i jak można sobie z nią poradzić?".

Tęsknota nie jest zła

Mój syn jeździł na każdą zieloną szkołę, a nawet zielone przedszkole. Pamiętam, gdy rozstawaliśmy się po raz pierwszy i powiedziałam mu, że będę tęsknić, on przekonywał mnie, że na pewno nie będę. Dla niego tęsknota była czymś złym. Czymś, co kojarzyło się ze smutkiem i cierpieniem. A przecież tęsknota ma mnóstwo odcieni, a to, że ją odczuwamy świadczy tylko o tym, że kochamy osobę, za którą tęsknimy i że bardzo nam na niej zależy.

Nie mówię o permanentnym poczuciu tęsknoty, które może prowadzić do depresji. Chodzi mi o kilka dni, kiedy jesteśmy poza zasięgiem wzroku naszych dzieci i poza możliwością spełniania ich emocjonalnych potrzeb. Uważam, że wyjazd z grupą rówieśniczą, pod okiem fachowej kadry opiekunów, może w kontrolowany sposób oswoić dziecko z uczuciem tęsknoty, pokazać, jak sobie z nim radzić.

Zimowisko córki

Gdy córka wyjeżdżała na swoje pierwsze zimowisko z zuchami, byłam pewna, że będzie tęsknić. W końcu jest taka wrażliwa i delikatna. Wymyśliłam więc, że na każdy dzień tygodnia napiszę jej list, w którym będzie opowiadanie o myszce. To powinno złagodzić jej tęsknotę.

Jeden list, to jeden odcinek przygód malutkiego gryzonia, który opuszcza rodzinny dom w poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. Mój pomysł nie sprawdził się jednak. Cała korespondencja została pochłonięta w jeden wieczór - małe zuchenki domagały się czytania perypetii myszki na głos i nie mogły doczekać, co wydarzy się w następnym rozdziale. - Mamo, ja też byłam ciekawa, nie dało się czekać - oznajmiła córka po powrocie. W sumie, to powinnam być z takiej recenzji zadowolona.

Ściśnięte serca, chusteczki w dłoń

Może nie jest tak, że stoimy na peronie i machamy dzieciom chusteczkami, może nie jest tak, że ronimy przy pożegnaniu krokodyle łzy. Obserwują nas przecież inni rodzice. Ale nawet, choć nie płaczemy, nasze pociechy doskonale czują nasze emocje. I często zarażają się nimi.

Najłatwiej jest zarazić córkę czy syna strachem. Jest jak wirus, który się rozprzestrzenia. A czy tego chcemy dla naszych najbliższych? Z pewnością nie. Nadmierny lęk o dziecko to podświadomy komunikat, który do niego kierujemy: "Boję się o ciebie, bo sobie nie poradzisz".

Nie ma nic gorszego, niż wątpienie w możliwości własnego dziecka. Bo jeśli wątpi ten, kto kocha najbardziej, to jak ma uwierzyć cały świat, że jest ono cokolwiek warte? Jak ma uwierzyć w swoje możliwości?

Żegnajmy nasze dzieci z miłością, nie strachem. I patrzmy na nie w taki sposób, jakbyśmy chcieli im powiedzieć: "Ufam ci i wiem, że poradzisz sobie w każdej sytuacji".


Dowiedz się więcej na temat: wychowanie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje