Nasze pokolenie nie miało prawa przeżyć

Praktycznie co roku słyszy się o nowych, niebezpiecznych zabawach, jakie wymyśliły współczesne dzieciaki. Łapiemy się wtedy za głowę i zastanawiamy, jak można być tak głupim i nieodpowiedzialnym. Tymczasem, gdy sięgniemy pamięcią do dzieciństwa, okaże się, że wcale nie byliśmy lepsi. W zasadzie to cud, że przeżyliśmy okres pacholęctwa bez większego uszczerbku na zdrowiu.

Patrząc na falę komentarzy pod wiadomością o dzieciakach przegryzających kapsułki do prania można odnieść wrażenie, że współcześni dorośli nigdy nie robili nic głupiego. Postanowiliśmy sprawdzić tę teorię i przepytaliśmy kilkudziesięciu obecnych 30- i 40-latków o ich zabawy rodem z PRL-u. Okazuje się, że... byliśmy jeszcze głupsi niż obecne pokolenie.

Eksploracja

Reklama

Jednym z najczęściej przewijających się pomysłów na pozbawienie się życia i zdrowia, był związany ze swobodną eksploracją rodzinnych okolic. Jako dzieci mieliśmy znacznie więcej swobody od współczesnych maluchów. Zasadniczo spędzaliśmy całe dnie na podwórku i tylko w okolicach kolacji z okien bloków czy domów rozlegały się pohukiwania rodziców, nawołujących nas na posiłek. Resztę czasu mogliśmy zagospodarować wedle własnej woli.

Biegaliśmy zatem po piwnicach opuszczonych i zamieszkałych budynków. Podpuszczaliśmy się nawzajem, żeby dotknąć martwego szczura, albo spróbować trutki na myszy. Bywało, że biegaliśmy po torach kolejowych, za nic mając możliwość rozjechania przez pociąg, a także wątpliwą woń torowiska. Również wszelkie place budowy były naszymi miejscami zabaw.

- Pamiętam, że robiliśmy podkopy w nieukończonych fundamentach domu sąsiada. Wykopaliśmy całkiem spory tunel, w którym założyliśmy "bazę". To cud, że to wszystko się nie zawaliło i nie pogrzebało nas żywcem - wspomina z rozrzewnieniem redaktor Sławek.

Ania, product manager, opowiada, jak bawiła się w dom w studzienkach telekomunikacyjnych. Ten fakt bardzo rozśmieszył redaktora radiowego Maćka, który przyznaje, że z radością biegał po składzie płyt żelbetonowych i chował się w dołach wykopanych przez zakład gazowniczy podczas remontu instalacji.

Ich opowieści bledną wobec leśnych historii Jarka, redaktora i marketingowca. Z błyskiem w oku opowiada: "Tartak był zajebisty, bo znajdował się nad brzegiem rzeki, na wysokiej skarpie. Z tej skarpy zrzucano odpady do rzeki. Były tam wióry drewna. Powstawała z nich wielka góra, czasem głęboka na metr. Czasem zrzucano tam też wielkie deski. Oczywiście uprawialiśmy skoki w te trociny. Zawsze istniało ryzyko, że można się było nabić na deskę. Pamiętam też, jak podkradało się stamtąd deski do budowy szałasu, a potem zbiegało z nimi w dół skarpy".

Osobną kategorią było chodzenie po wszelkiego rodzaju dachach. Poczynając od stosunkowo niskich garaży, na krawędziach wysokościowców z wielkiej płyty kończąc. Również wszelkie rusztowania, które rozstawiano podczas remontów domów i wieżowców, były dla nas poligonem.

- Pamiętam "oduczanie się" lęku wysokości. Wchodziliśmy na dachy wszystkich najwyższych budynków w mieście. Żeby tego dokonać, trzeba było nauczyć się rozbrajać różne rodzaje kłódek do włazów dachowych. Stawaliśmy na krawędzi budynku i spoglądaliśmy w dół. To jedna z najgłupszych i najbardziej niebezpiecznych czynności, jakie pamiętam z dzieciństwa - mówi Tomek, PR-owiec.

Biegi po dachach, chodzenie po parapetach przy otwartym oknie, jeżdżenie na (!) wagonach kolejowych, skoki do dołów z wapnem oraz wyskakiwanie z pięter zrujnowanych domów, to był nasz chleb powszedni. Niejedno z nas kończyło z połamanymi kończynami. A to jeszcze nie koniec...

Zabawy z ogniem

Nie da się ukryć, że większość z obecnego pokolenia rodziców przeżywała niezdrową fascynację ogniem. Paliliśmy w ogniskach w zasadzie wszystko i nie baliśmy się eksperymentów z materiałami wybuchowymi i łatwopalnymi. Piromanię podsycało starsze pokolenie, które z rozrzewnieniem potrafiło wspominać zabawę w berka... na zaminowanej plaży!

Jednym z najczęstszych sposobów na pozbawienie się zdrowia i życia było wrzucanie do ogniska pełnych i pustych opakowań po dezodorantach i farbach w spray'u. Z kilkudziesięciu przepytanych przeze mnie osób prawie każda miała podobne doświadczenia. Eksplozja takiej puszki potrafiła skutecznie ugasić płomienie, a latające wokół kawałki metalu i gałęzi nie raz wypalały nam dziury w spodniach.

Jeżeli mieszkało się w okolicy, gdzie toczyły się kiedyś bitwy, to chodziło się na wykopki, aby szukać niewypałów. Równie dużą popularnością cieszyły się dawne strzelnice wojskowe. Jeszcze w latach 80. i 90. XX wieku bywało, że takie zabawy kończyły się tragicznie. O tym, że wykopane niewypały, łuski, naboje i fajerwerki wrzucało się do ognisk wspominamy tylko z grzeczności, bo było to oczywiste.

- Kochaliśmy saletrę potasową. Robiliśmy eksperymenty z jej mieszankami z cukrem, wsypywanymi do butelki. Później to oczywiście podpalaliśmy - opowiada pisarz Marcin.

Saletra, cukier, aluminiowa zakrętka od butelki po napoju i moneta jednozłotowa - ten zestaw gwarantował godziny dobrej zabawy. Wypełniony mieszanką kapsel zamykało się od góry monetą, zaginając wokół niej brzegi. W dole kapsla robiło się dziurę, którą wypychało się zdrapaną z zapałek siarką. Po podpaleniu kapsel zaczynał wirować, po czym leciał w górę nawet na wysokość dziesiątego piętra, ciągnąc za sobą ogon białego, gryzącego w oczy dymu.

Wielu ankietowanych opowiadało też o paleniu nad świeczką lub w ognisku plastikowych zabawek. Opary z rozpuszczonych polimerów były na tyle skuteczne, że niektórzy kończyli takie zabawy w szpitalu z objawami poważnego zatrucia. Autor tego materiału do dziś dnia ma blizny po tym, gdy bulgoczący, roztopiony plastik rozlał mu się po ręce.

O fajerwerkach i petardach nie ma nawet co wspominać, bo o ile sami zachowaliśmy wszystkie kończyny, to znamy ludzi, którzy muszą sobie radzić dzisiaj bez palców. Na szczególne wyróżnienie zasługuje historia, której autor pragnie pozostać anonimowy: "Rzucaliśmy petardy pod murami miejskiego aresztu. To chyba cud, że nikt nas nigdy nie postrzelił, ani nie zapakował do pudła".

Ostre narzędzia

Nasza wyobraźnia nie znała granic. Potrafiliśmy przekuć na zabawki każdy rodzaj ostrza, poczynając od scyzoryka, przez tasak, na igłach kończąc. Najpopularniejszą formą rozrywki była gra "w nożyka". Wariant podstawowy obejmował jak najszybsze trafianie nożem między rozłożone palce wyciągniętej na desce dłoni. Chyba tylko boskiej opatrzności zawdzięczamy, że nie skończyło się to amputacją.

- Nie pamiętam już dokładnie zasad, ale rysowaliśmy na ziemi duże koło, dzieliliśmy na ilość graczy i potem rzucaliśmy nożem w teren sąsiada, którego chcieliśmy zaatakować. Tam, gdzie wbił się nóż, wypadała nowa granica. Rzucało się jak najbliżej nóg przeciwnika, żeby ukraść jak najwięcej powierzchni. Im ostrzejszy nóż, tym lepiej się grało. Wyniosłem kiedyś matce srebrne sztućce z mieszkania. Nie była zadowolona - wspomina programista Michał.

Była również wersja tej gry, gdzie rzucało się nożem obok nóg kolegów, którzy musieli robić szpagat. Podziurawione buty i pokaleczone kończyny zdarzały się praktycznie codziennie.  

- Pamiętam zabawy strzykawką z igłą. Taką prawdziwą, wysępioną od znajomej pielęgniarki. Gdy już znudziło mi się robienie zastrzyków misiom, piłem herbatę wstrzykując ją sobie przez igłę do ust. W pewnym momencie ciśnienie było zbyt duże i igła wyleciała jak pocisk... Całe szczęście, że kąt był akurat taki, że tylko język był poszkodowany - zdradza Kuba, który obecnie zajmuje się programowaniem.

Uwielbialiśmy też proce. W różnych wersjach, od drewnianych, po wykonane z kawałków spawanej stali. Najpopularniejsze były takie z izolowanego, grubego drutu, powyginanego w kształt litery Y. W zależności od grubości gumy, strzelało się kamieniami lub zgiętymi na imadle gwoździami. Wojny między podwórkami były czymś normalnym. Tylko cudem nikt nie stracił w nich oka.

- Mieliśmy też coś, co przypominało sanki. Zrobiliśmy to z siedziska od taboretu i płóz od łyżew. Siadało się na tym, kładło nogi na podpórce i jechało z górki. Jak tor saneczkarski był oblodzony, to nic nie jeździło szybciej. Minus był taki, że naostrzone łyżwy mogły skutecznie obciąć palce zawodnika - opowiada Rafał, szef serwisu lifestyle'owego.

Dużą popularnością cieszyły się również wiatrówki lub pistolety startowe. Zabawy te lubiły również dziewczęta. Jednej z koleżanek trzeba było wydłubywać proch z okolicy oczu, po zaglądaniu w lufę nabitej broni. Z wiatrówki strzelało się często nie tylko na świeżym powietrzu, ale w niewielkich pomieszczeniach w piwnicy. Rykoszetujące od ścian śruty nabiły wiele siniaków.

- Na szczęście nie przyszło nam do głowy strzelać do jabłka położonego na głowie siostry lub brata, ale niewiele brakowało - uśmiecha się do wspomnień redaktorka Kasia.

Skoki na boki

Gdy wyczerpaliśmy już zapasy niewypałów i saletry, a rodzice pozabierali nam noże, bawiliśmy się ciut grzeczniej. Na trzepakach, huśtawkach i placach zabaw. Huśtawki z czasów naszej młodości stałyby się koszmarem sennym współczesnego BHP-owca. Z ostrymi krawędziami, pozwalające często na wykonanie pełnego obrotu wokół osi, postawione na betonie, stanowiły jawne zagrożenie. Uwielbialiśmy je.

Huśtaliśmy się do tzw. podbitki lub od dechy do dechy. Wykonywaliśmy skoki w dal i wzwyż. Nie raz i nie dwa leżeliśmy, próbując złapać oddech po szczególnie długim locie. Uprawialiśmy rzut trepem, czyli wyrzut obuwia po kursie parabolicznym. Wybite szyby w autach i guzy u przypadkowych przechodniów były zjawiskiem dość częstym.

Lubiliśmy też cegły. Rzucaliśmy nimi w siebie, z górek, a nawet puszczaliśmy po zjeżdżalniach za osobami wykonującymi zjazd. Jeśli zdążyli uciec, to dobrze, jeśli nie, to dostawali w głowę, nerki czy inną część ciała.

Kochaliśmy eksperymenty z prądem, wkładając do kontaktów gwoździe, żyletki i inne metalowe przedmioty. Kolega "zamykał obwód" elementami z małego elektryka, a inny kawałkiem zagiętego drutu. - Bawiłem się w migające światełka na choince, wkładając i wyjmując rytmicznie wtyczkę do kontaktu. Ile razy mnie prąd popieścił, to nie zliczę - śmieje się PR-owiec Krzysztof.

Skakaliśmy po kilka stopni na schodach, skakaliśmy na główkę do glinianek i ścigaliśmy się rowerami po zamarzniętych ulicach. Wywijaliśmy hołubce na osadzonych w betonie trzepakach. Wiele razy przydzwoniliśmy głowami o podłoże i kończyło się tylko na guzach i zadrapaniach.

- W okresie popularności "Czterech Pancernych" prawie każdy śmietnik miał wymalowane na burcie "Rudy 102". Nie zważaliśmy na odór, ostre krawędzie i obrzydliwą zawartość. Wykorzystywaliśmy ją zresztą jako pociski. "Odłamkowym! Ładuj!" i leciała zgniła kapusta - wspomina z rozrzewnieniem elektronik Mariusz.

Dzisiejsi rodzice mają znacznie łatwiej, bo z pomocą przychodzi im technika. Za naszej młodości, w samochodach nie było fotelików, a z tyłu nie montowano pasów.

- Pamiętam, że wypadłem z samochodu - opowiada marketingowiec Rafał. - Chyba rodzice drzwi nie zamknęli i podczas jazdy, jakoś na zakręcie, po prostu wypadłem. Na szczęście nie jechaliśmy szybko.

Dowiedz się więcej na temat: zabawy | niewypał

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje