Jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana

Tworząc ten projekt, założyłam, że będzie mógł z niego skorzystać każdy, kto chce być szczęśliwszy w relacjach - mówi Edyta Zając, psycholog, certyfikowany trener psychologiczny, autorka bloga o psychologii, prowadząca popularne kursy online. Żona i mama trójki dzieci. Właśnie ukazała się jej kolejna książka, poradnik "30 dni do zmian w związku".

Aleksandra Bujas, INTERIA.PL: Mój ulubiony cytat z twórczości Małgorzaty Musierowicz brzmi: "Do ludzi trzeba wyciągać rękę (...). Możemy nie doczekać się odzewu. Ale jeśli nie wyciągniemy ręki, to odzewu nie doczekamy się z całą pewnością". Zgadzasz się ze słowami autorki?

Reklama

Edyta Zając: Zdecydowanie, szczególnie jeżeli pomyślimy o takich relacjach, które się psują. Zwykle jednak unosimy się honorem, dumą, czy jakkolwiek to nazwiemy. Nie wyciągamy ręki, ale oczekujemy, że coś się zmieni, że ten ktoś zrobi to, czego chcemy. Ale skąd druga osoba może wiedzieć, co siedzi nam w głowie?

Mimo to bardzo często czekamy, aż ktoś wyjdzie z inicjatywą i nas ubiegnie.

- Czekamy na czyjąś inicjatywę, ale, co ciekawe, swojej nie chcemy przejawiać.

Możemy tak czekać w nieskończoność. Zwłaszcza przy okazji znajomości, które się z jakichś powodów rozluźniły lub nawet zakończyły. Jeśli chcemy powrotu, powinniśmy wyciągnąć rękę, ale przeraża nas perspektywa odrzucenia czy nawet - ośmieszenia.

- Pytanie brzmi, czy my aby na pewno ich potrzebujemy? W naszym życiu jest wiele związków, którym przeznaczone jest, by trwały, innym - nie. Czy to oznacza porażkę? Czy po prostu należy przyjąć, że taka jest kolej losu, tak musi być? Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli być w relacji z każdym człowiekiem, którego polubiliśmy.

- W pierwszej kolejności zapytałabym samą siebie, czy powrót do takiej zakończonej relacji jest mi potrzebny, a jeśli tak, to dlaczego. Jeśli jest potrzebny, to zaciskam zęby i walczę. Pokonuję przeszkodę. Boimy się swoich wyobrażeń, myślimy o tym, co może się stać najgorszego. A najczęściej te osoby boją się tak samo, jak my.

Już na pierwszych stronach książki wspominasz, że aby ulepszyć dowolną relację: z mamą, z mężem, przyjacielem, należy zacząć od siebie.

- Nie jesteśmy w stanie zmienić drugiego człowieka, jeśli on tego nie chce. A najczęściej nikt tego nie chce. Sami zareagowalibyśmy dużym oporem, gdyby ktoś przyszedł i powiedział nam: "Słuchaj, to i to zmień, żebym ja był szczęśliwszy".

- Jeśli chcemy jakichkolwiek przeobrażeń w życiu, przestańmy oczekiwać, że otoczenie się zmieni. Zróbmy to, co możemy, co leży po naszej stronie. Nawet jeśli jest źle, to nasza akcja coś zmieni. W rezultacie, w odpowiedzi na nasze gesty, zmienia się nastawienie drugiej osoby. Czemu więc nie założyć, że to w nas drzemie moc, potencjał, który może wiele.

Zawsze uważałam, że nad związkiem muszą pracować obie strony. Tymczasem w książce podkreślasz, że zmiany można wprowadzać w pojedynkę.

- Często, chcąc wprowadzać jakiekolwiek innowacje, napotykamy zrozumiały opór drugiej strony. Opisałam to w książce na przykładzie teorii w zarządzaniu. Ludzie nie chcą zmian m.in. z obawy przed ośmieszeniem, porażką, wyjściem ze strefy komfortu, porzuceniem tego, co znane.  Więc jeśli nie odpowiada nam zastana sytuacja, to sami musimy coś zrobić, przecież nie będziemy wiecznie czekać na ruch partnera.

Czasem przestajemy pracować nad związkiem, skoro dana relacja trwa i osiągnęliśmy "naszą małą stabilizację", więc po co zmieniać cokolwiek.

- Ludzie tkwią latami w nieudanych związkach, nawet tych zupełnie już pozbawionych miłości, bo towarzyszy im obawa, że nie znajdą nikogo lepszego.

Albo nikogo w ogóle.

- I będą do końca życia sami. To przerażająca perspektywa. Dlatego w poprawianiu relacji bardzo ważna jest odwaga.

Jednak domyślam się, że misją twojego poradnika jest, aby rozwiązywać problemy, a nie związki?

- Absolutnie tak. Optymistycznie podchodzę do relacji, uważam, że bardzo dużo, o ile nie większość trudnych sytuacji można rozwiązać. Wcale nie musi to oznaczać zakończenia związku, dochodzenia do ściany. Jestem za tym, żeby rozwiązywać problemy, a związki niech zostaną (śmiech).

Myślę, że podstawą udanego związku nie jest dobry seks, ani motylki w brzuchu, ale komunikacja. Fakt, że partnerzy potrafią ze sobą rozmawiać.

- Bezsprzecznie. A jeśli myślimy przykładowo o życiu seksualnym, gdy ono faktycznie jest udane, nie trzeba wiele, by było dobrze. Gorzej, jeśli w tej sferze pojawią się problemy. Dlatego trzeba umieć rozmawiać z partnerem, o wszystkim, także "o tych rzeczach", by te problemy rozwiązywać. Zwłaszcza, jeśli budujemy coś głębszego, bardziej skomplikowanego. Bez właściwej komunikacji narastają niedopowiedzenia, nawet kłócimy się częściej.

A co ze związkami, niekoniecznie miłosnymi, które przysparzają cierpień? Z ludźmi, po kontakcie z którymi czujemy się źle? Czy wyjściem z sytuacji jest zakończenie znajomości?

- Ja jestem za tym.

Ale tak "jednym cięciem"?

- Jeśli tylko jest to możliwe.

Nie każdy tak potrafi.

- Owszem, ale, jakkolwiek górnolotnie by to nie zabrzmiało, życie jest zbyt cenne i krótkie, by tkwić w toksycznych relacjach. Niektóre z nich faktycznie są nie do zmienienia. Jeżeli tylko jesteśmy w stanie urwać kontakt z toksyczną znajomą, zróbmy to. Ale gdy to niewykonalne, bo pracujemy razem, albo toksyczną osobą jest nasza mama, brat, ktoś, kto musi być obecny w naszym życiu, podstawowym zadaniem jest chronienie siebie.

- Wyjściem z sytuacji jest niedopuszczanie wspomnianych osób do tych najważniejszych, a zarazem najbardziej delikatnych sfer życia. Nie po to, by kogokolwiek karać. Jednak to my musimy być swoimi najlepszymi przyjaciółmi i mamy zadbać o siebie, swój komfort psychiczny, bo przecież nie zmienimy wszystkich ludzi w otoczeniu na nietoksycznych. A kończenie relacji? Gdy nie potrafimy zrobić tego jednym ruchem, jestem za tym, żeby taką znajomość powoli wygaszać.

To wymaga niezwykłej odwagi, aby zakończyć znajomość w sposób dojrzały - podczas szczerej rozmowy.

- Tak, to nie jest łatwe, czasem wręcz niemożliwe. Stąd właśnie propozycja stopniowego wygaszania i jednoczesnego chronienia swojego świata, planów, celów przed tymi, którzy nam szkodzą. Dorośli ludzie są zdrowymi egoistami w tym sensie, że dbają o to, by nie cierpieć. Zwłaszcza z powodu toksycznych, unieszczęśliwiających relacji. Nie naprawimy drugiego człowieka, nie uszczęśliwimy go na siłę.

Wbrew tej logice wiele kobiet ma idealistyczne podejście do partnerów, pt. "Ja go zmienię". Zakochują się w niegrzecznych chłopcach lub po prostu w nieodpowiednich mężczyznach, wierząc, że ich miłość będzie miała na nich zbawienny wpływ.

- Jeśli partner nie będzie tego chciał, to się nie zmieni. Gdy uczeń jest gotowy, to znajdzie się też nauczyciel. Ale pierwszy ma być uczeń. Nie odwrotnie. Za często czujemy misję naprawiania innych ludzi, zamiast zacząć tworzyć coś wspólnego. To brzmi zupełnie inaczej, daje inne spojrzenie. Jeśli zaczniemy od siebie, nie ma możliwości, by druga strona nie odpowiedziała, to prosta konsekwencja naszych działań, co obserwuję w życiu prywatnym i podczas pracy z ludźmi.

Do kogo adresowany jest twój autorski program 30 dni do zmiany w związku?

- Do wszystkich. Tworząc ten projekt, założyłam, że będzie mógł z niego skorzystać każdy, kto chce być szczęśliwszy w relacjach. Bez względu na to, czy chodzi o miłość romantyczną, tę między rodzeństwem, przyjaźń czy kontakty z rodzicami. Raczej chodzi o relacje dorosły-dorosły, bo wielu rzeczy nie wypracujemy z dzieckiem, chyba że będą to już dzieci dorastające. W tym programie przekazuję całą filozofię podejścia do relacji z ludźmi. Skupienie się na tym, co JA mogę zrobić, działania na miarę SWOICH możliwości.

To nie jest książka do pochłonięcia w jeden wieczór, tylko podręcznik do systematycznej pracy?

- Tak, podobnie jak moja pierwsza książka "30 dni do zmian. Dokonaj życiowej metamorfozy w kilka tygodni". Zachęcam do tego, aby takie projekty realizować krok po kroku. Nic nam nie da przeczytanie takiego poradnika w jednym podejściu, zrobienie kilku notatek na marginesie i poprzestanie na tym. Wtedy żadne zmiany nie zachodzą.

Nasze motywacyjne zrywy często kończą się z chwilą odłożenia książki na półkę.

- Dlatego nie odkładajmy! (śmiech)

Podobnie dzieje się z postanowieniami noworocznymi. Powstają ambitne listy celów, po których w lutym ginie już wszelki słuch. Jak sobie z tym poradzić?

- Na pewno warto zacząć od tego, żeby listy nie odkładać do szuflady. Powinna być na widoku. Liczy się każde działanie. Zauważ, że w przypadku wdrażania jakichkolwiek zmian mamy podejście pt. "wszystko albo nic". Przykładowo, będę ćwiczyć ze znaną trenerką, żeby wyglądać jak ona. Już teraz, od razu. A gdy nie widzimy szybko spektakularnych efektów, szybko się zniechęcamy.

- Dlatego bardzo skuteczna jest zmiana myślenia i uświadomienie sobie, że liczy się... wszystko. Nawet jeśli po ciężkim dniu nie wykonam całego treningu, ważne jest, że zrobiłam chociaż dziesięć przysiadów. Podobnie w związkach. Gdy nie mamy na nic czasu, włączmy ulubioną piosenkę i przez trzy minuty potańczmy razem w kuchni. To tylko trzy minuty z całego dnia!

Receptą jest zatem robienie codziennie czegokolwiek, co przybliży nas do celu, nawet jeśli nie jest to w 100 proc. to, co sobie założyliśmy?

- Nawet nie nazwałabym tego metodą małych kroków, bo to oklepane i kojarzy się z mozolnym dzieleniem celu na etapy nad kartką papieru. Liczy się każde działanie, które przybliży do celu. Jeśli podejdziemy do tematu zbyt ambitnie i będziemy chcieli natychmiastowo zrewolucjonizować całe nasze życie, przyzwyczajenia, nas samych, możemy od razu zamknąć temat, bo jesteśmy skazani na porażkę.

- Mamy w głowie wyobrażenie idealnego dnia, zaczerpnięte z social mediów znanych osób i też chcemy tak żyć. Musi być superpożywne śniadanie, taki też obiad, zero przekąsek, albo wyłącznie zdrowe i ambitny plan treningowy. A potem przychodzi zderzenie z prozą życia. Poniedziałek od razu zaczyna się źle, bo na przykład, zaspaliśmy. Więc śniadanie odpada. A skoro tak, to już po wszystkim. Zamiast dobrego obiadu będzie obiad byle jaki, bo po co się starać, skoro dzień już spisaliśmy na straty? I czekamy do kolejnego poniedziałku. Tak można w nieskończoność.

Z wprowadzaniem zmian zwykle czekamy na nowy rok, swoje urodziny, początek miesiąca, ewentualnie na poniedziałek. Dlaczego nie zaczynamy np. we wtorek 13 października? Bo ta data jest za mało doniosła?

- Tak się jakoś utarło w świadomości społecznej, że życie się zaczyna od poniedziałku. Przełomowa data to nowy początek. A jeśli nie uda nam się wówczas zrealizować zamierzeń jesteśmy sfrustrowani i odkładamy plany po raz kolejny.

Wyjściem z sytuacji jest stawianie przed czytelnikami konkretnych zadań?

- Postawiłam na bardzo konkretne "instrukcje obsługi" tematu. Wiem, że są osoby, którym wystarczy sam inspirujący tekst. Mimo wszystko większość z nas wpada w pułapkę odkładania, sam filozoficzny artykuł to w takich przypadkach za mało, dlatego postawiłam na konkrety.

Słusznie, zwłaszcza, że odbiorcy są rozczarowani poradnikami będącymi zbiorami okrągłych sentencji, z których absolutnie nic nie wynika.

- Sama jestem bardzo wymagająca, jeśli chodzi o poradniki. Chciałam, żeby moje książki były nietypowe, wyróżniały się i aby rzeczywiście inspirowały do działania. Pierwsza książka taka się okazała. Dostaję sygnały, że ludzie do niej wracają, intensywnie notują na jej kartach.

Konkretnym zadaniem jest też przytulenie bliskiej osoby w niespodziewanym momencie.

- Dotyk jest spychany na margines. Krępuje nas, boimy się, że ktoś sobie coś złego pomyśli. Tak się dzieje nawet w bliskich związkach. Są pewne kultury, które opierają swoją komunikację na dotyku i nikt sobie nic złego nie myśli. Tam jest mniej technologii, ludzie są ze sobą bliżej. Warto mieć świadomość, że dzieci pozbawione dotyku mają problem z prawidłowym rozwojem. Są nawet mniejsze niż rówieśnicy. Choroba sieroca nie wynika z niedożywienia, tylko z faktu, że nikt maluchów nie tuli, nie całuje, nie ściska. To powinien być dla nas dowód na ogromną rolę dotyku. W dorosłym życiu zapominamy o tym. Okazją do dotyku jest wyłącznie seks, a nie codzienne kontakty.

- A przecież dzięki dotykowi o wiele lepiej się funkcjonuje, jesteśmy szczęśliwsi, mniej nas boli. Najlepszym przykładem jest poród, dotyk partnera przyspiesza akcję, sprawia, że wydziela się oksytocyna, która uśmierza ból.

Innym trudnym wyzwaniem jest perspektywa zmierzenia się z własnymi "martwymi punktami".

- Uwielbiam to ćwiczenie! Jest miażdżące i otwierające oczy. Pozwala spojrzeć na siebie z innej perspektywy. Bo przecież nie wiemy wszystkiego o sobie. Czytelnikom wyjaśnię, że psychologiczne martwe punkty to cechy, nawyki, zachowania niezauważalne dla nas samych, za to widziane przez innych. Coś, co może przeszkadzać osobom, z którymi przebywamy, naszym bliskim. Dotyczą różnych sfer: fizycznej (np. brudne buty, paznokcie, okulary, wyzywajacy makijaż czy ubiór) emocjonalnej (np. tendencja do narzekania), wizerunkowej (np. popełnianie błędów językowych), itd.

- Konfrontując się z nimi dobrze jest zasięgnąć opinii drugiej osoby i podejść do tego ćwiczenia z dużą otwartością. Nie obrażać się za szczerość, tylko dostrzec przestrzeń do zmiany. Skoro chcemy się rozwijać, to wytypowane martwe punkty mogą być listą rzeczy, nad którymi warto popracować.

Każdy je ma?

- Tak, zdecydowanie. Jednak nie jesteśmy na nie skazani. Podczas pracy nad sobą część z nich zniknie. Może pojawią się nowe, ale mniej męczące. To daje niezwykle dużo komfortu psychicznego. Podejście proaktywne sprawia, że niemal w każdej sytuacji życiowej będziemy widzieć przed sobą nadzieję.

- Problem polega na tym, że porównujemy swoje kulisy z cudzą sceną. My wiemy, co skrywają nasze kulisy. Nie wiemy, jakie są kulisy u tych, których tak podziwiamy. Zwykle widzimy tylko scenę. Nie zastanawiamy się, co za tym stoi, ile to musi kosztować, czy ja aby na pewno chciałabym ponieść taki koszt? Gdyby ktoś wiedział, ile wysiłku to kosztuje nigdy nie chciałby się z podziwianą osobą zamienić.

Obserwujemy tylko efekt finalny. I jesteśmy skłonni uwierzyć w to, co widzimy.

- Co widzisz na fb? Zdjęcia ze ślubów, zdjęcia dzieci, to, czym inni chcą się pochwalić. Piękne wnętrza i kadry. Nie ma w tym nic złego. Można przecież cieszyć się cudzym szczęściem, czerpać inspiracje z aktywności innych. Jednak miejmy świadomość, że wszystko, co widzimy na czyjejś scenie wymaga wysiłku. Nikt nie budzi się "gotowy".

Czy trzeba dużo doświadczenie życiowego, aby móc dawać rady czytelnikom?

- Doświadczenie - tak, ale niekoniecznie liczone ilością przeżytych lat. Jest takie powiedzenie mówiące, że nie liczy się ilość lat, tylko ilość życia w twoich latach. Na blogu czy w moich książkach staram się pokazywać kierunki, a nie radzić w autorytatywnym tonie. Obecnie mamy do dyspozycji taką ilość blogów i poradników, że bez problemu można znaleźć osobę, która będzie mówiła jakby właśnie do nas, naszym głosem. Oczywiście zapraszam do siebie!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje