Edukacja domowa

Z każdym rokiem jest ich coraz więcej. Grupa homeschoolersów, czyli uczniów pobierających naukę w domu, najczęściej od własnych rodziców, rośnie w siłę. Czy wobec tego szkolne ławki niebawem zupełnie opustoszeją?

Idea współczesnego nauczania domowego przywędrowała do nas ze Stanów Zjednoczonych, gdzie prężnie rozwija się już od lat 70. ubiegłego wieku. Choć należy doprecyzować, że omawiane rozwiązanie w pełni legalne stało się tam dopiero w kolejnej dekadzie, i to po wielu sądowych bataliach. Rodzice rozczarowani tradycyjnym modelem edukacji, a jednocześnie przerażeni skalą przemocy rówieśniczej oraz coraz większą dostępnością narkotyków, uznali, że sami podołają obowiązkowi uczenia swoich pociech. Pomysł się sprawdził. Aktualnie w ten sposób kształcą się dwa miliony młodych Amerykanów.

Reklama

Początkowo wydawało się, że taka forma realizacji obowiązku szkolnego nie przyjmie się w Polsce. Nikogo nie zaskoczy fakt, że omawiany system ma zalety, ale i pewne wady. Dwadzieścia lat temu w naszym kraju zaledwie garstka dzieci uczyła się bez pomocy szkoły, w 2008 roku - było ich około setki. Dziś ostrożne szacunki mówią nawet o kilku tysiącach homeschoolersów. 

Domowa nauka to wbrew pozorom pomysł nienowy. W Polsce ma bogatą i wielowiekową tradycję, obowiązek szkolny nakazujący uczęszczanie do szkoły wszedł w życie w XX wieku.                                                                          

Czy to legalne?

Rozważania na temat edukacji domowej (ED) należy zacząć od wyjaśnienia, że nie oznacza ona tego samego, co nauczanie indywidualne (NI), dedykowane uczniom, którym stan zdrowia lub inne okoliczności uniemożliwiają podążanie tradycyjną ścieżką kształcenia. Dzieci korzystające z NI realizują zajęcia edukacyjne z nauczycielem (lub nauczycielami), któremu obowiązek ten powierzy dyrektor placówki.

Natomiast edukacja domowa to nauka w domu, poza systemem szkolnym. W roli nauczycieli występują rodzice, czasem wspierani przez inne osoby. U tak prowadzonych dzieci, najczęściej nie ma żadnych przeciwwskazań, by uczęszczały do szkół. Jednak ich opiekunowie w porozumieniu z nimi podjęli inną decyzję.

Jednocześnie maluchy te pozostają formalnie uczniami wybranej szkoły, niekoniecznej tej, która przysługuje im z racji rejonu. Zobowiązane są zdawać w niej raz lub dwa razy w roku egzaminy sprawdzające poziom wiedzy. Dyrektor wytypowanej placówki musi wyrazić pisemną zgodę na to, aby konkretny uczeń realizował edukację domową. Jeśli dziecko będzie miało duże zaległości, przestanie robić postępy, ED wyraźnie nie będzie mu służyć, a rodzic nie sprosta zadaniu realizacji materiału, zgoda na domowe nauczanie może zostać cofnięta.

Teoretycznie zielone światło zwolennikom edukacji domowej daje ustawa o systemie oświaty z 7 września 1991 roku. Co więcej, na ich korzyść przemawia też art. 48 Konstytucji, według którego rodzice mają prawo, by wychowywać dzieci w zgodzie z własnymi przekonaniami. Prekursorzy edukacji domowej w Polsce, państwo Izabela i Marek Budajczakowie w połowie lat 90. borykali się z różnymi trudnościami, ale starannie wyedukowali swoje dzieci i skutecznie przecierali szlaki kolejnym rodzinom.

Dziś zwolennikom omawianego sposobu nauczania jest już zdecydowanie łatwiej, ale niekiedy zdarza się, że trafiają na opór za strony macierzystej szkoły, do której przynależy dziecko. Wyjściem z sytuacji może być wypisanie go z niej i zgłoszenie do placówki przychylnej idei homeschoolingu, albo pisemne odwołanie od decyzji dyrekcji.

Najpierw formalności

Aby uczyć dziecko w domu, rodzice zobowiązani są dostarczyć szkolnej dyrekcji następujące dokumenty: podanie o wyrażenie zgody na spełnianie przez ich syna lub córkę obowiązku szkolnego poza szkołą, oświadczenie, w którym zadeklarują, że stworzą odpowiednie warunki, aby uczeń zrealizował obowiązującą podstawę programową, pisemne zobowiązanie do przystępowania przez dziecko do egzaminów, a także opinię z poradni psychologiczno-pedagogicznej o braku przeciwwskazań do podjęcia edukacji domowej. Ten ostatni dokument budzi kontrowersje wśród niektórych rodziców:

- Mam wrażenie, że dzieci takie jak mój syn, czyli uczące się w domu, są dyskryminowane. Skoro edukacja w naszym kraju jest obowiązkowa do 18. roku życia, istnieje wszak obowiązek nauki, dlaczego potencjalni homeschoolersi koniecznie muszą być badani w PPP, a inne dzieci nie? - pyta Adam Wieczorek, tata 8-latka.

Opiekunowie powinni też zapewnić dziecku dostosowane do jego wieku i możliwości zajęcia ruchowe, stanowiące odpowiednik lekcji wychowania fizycznego. Natomiast egzaminy roczne lub semestralne nie będą obejmować takich przedmiotów jak WF, zajęcia techniczne, plastyka czy muzyka.

Dla kogo?

Statystycznie, edukację domową nieco częściej realizują rodziny wielodzietne, choć nie brakuje też jedynaków nauczanych we własnych domach. W wielu przypadkach dzieci te odznaczają się wysoką inteligencją i wybitnymi zdolnościami, zatem alternatywny sposób realizowania obowiązku szkolnego sprawia, że mogą rozwijać uzdolnienia oraz wykorzystywać swój potencjał. Pracują we własnym tempie, na miarę swoich możliwości, nie nudzą się w szkolnej ławce w oczekiwaniu, aż reszta klasy zrozumie wykładany materiał.

Edukacja domowa często sprawdza się też w przypadku uczniów niepełnosprawnych intelektualnie, z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego. Ich opiekunowie wnioskując o zezwolenie na spełnianie obowiązku szkolnego poza szkołą nie potrzebują osobnej opinii  poradni psychologiczno-pedagogicznej. Dzieci z upośledzeniem umiarkowanym i znacznym zwolnione są z egzaminów klasyfikacyjnych.

Z homeschoolingu skorzystają też uczniowie u których zdiagnozowano fobię szkolną, również ci nad wyraz wrażliwi, którym tradycyjny system lub brak akceptacji uniemożliwia rozwinięcie skrzydeł, ale także wszyscy inni, którzy pragną się uczyć w omawiany sposób i są w tym wspierani przez opiekunów.

Mnogość zalet

Rodzice nauczający swoje pociechy w domu przekonują o zaletach takiego rozwiązania. Ich zdaniem uczniowie podczas 45-minutowej szkolnej lekcji nie korzystają tyle, ile by mogli. Sprawdzanie obecności, dyscyplinowanie uczniów, upominanie tych przeszkadzających, sprawdzanie prac domowych, wpisywanie uwag, odpytywanie, tłumaczenie tej samej materii po raz kolejny, bo nie wszyscy zrozumieli - ten szereg czynności zajmuje cenny czas. Czas, który w innych warunkach mógłby być wykorzystany efektywniej. Ile razy zdarzało się, że klasa nie przerobiła całości przewidzianego na dany rok materiału?

- Pamiętam, jak nauczyciele rokrocznie narzekali, że jesteśmy z materiałem w tyle, że znów z czymś nie zdążyliśmy. Już jako mała dziewczynka zastanawiałam się, dlaczego tak się dzieje - wspomina Paulina, absolwentka polonistyki.

Ograniczająca jest też konieczność przebywania w szkolnym budynku. Owszem, w ciągu roku zdarzają się wycieczki klasowe, grupowe wyjścia umożliwiające uczestnictwo w kulturze oraz lekcje terenowe, ale w przeciętnej szkole takie atrakcje należą jednak do rzadkości. W edukacji domowej stanowią zaś element codzienności. Zdobywanie wiedzy "w warunkach naturalnych" jest zdecydowanie bardziej efektywne i atrakcyjne niż w szkolnej ławce. A skoro już o ławkach mowa... niektóre dziewczynki być może lubią się uczyć w ten sposób, ale dla wielu chłopców konieczność spędzania kilku godzin dziennie niemal w bezruchu to udręka.

Jeden na jeden

Wiadomo, że dziecko mogłoby wynieść z zajęć znacznie więcej, gdyby dorosły poświęcał uwagę tylko jemu. W szkolnych realiach jest to niemożliwe do zrealizowania. Dlatego nierzadko zdarza się, że potencjał wielu maluchów nie zostaje dostrzeżony. Dotyczy to zwłaszcza dzieci nieśmiałych, wycofanych, a także niepełnosprawnych. Wszystkie one zamiast rozwijać swoje talenty, mogą "gubić się" w masowej edukacji.

Choć wiadomo, że uczniów domowych obowiązuje podstawa programowa, sposób przekazywania treści i niektóre tematy mogą być dostosowane do ich zainteresowań, wręcz skrojone na miarę. W domowym zaciszu homeschoolersi uczą się w swoim tempie, nie muszą nikogo gonić, ani na nikogo czekać. Poszerzają horyzonty, osiągają wymierne sukcesy, szybko wyprzedzając kolegów uczęszczających do szkół. Według statystyk już na poziomie szkoły podstawowej są do przodu z materiałem. Tendencja jest coraz bardziej wyraźna wraz z upływem czasu. Lepiej wypadają na egzaminach, z maturą włącznie, bez problemu dostają się na studia, doskonale radzą sobie też na rynku pracy.

Z przyjemnością

Nauka w domu może być codzienną przygodą, przyjemnością, zawierać elementy zabawy. Rodzice na ogół dobrze znają mocne i słabe strony swoich dzieci, wiedzą, jakie metody działają, a jakie nie. Argumentem przemawiającym za homeschoolingiem jest możliwość korzystania podczas lekcji z całego bogactwa multimediów, filmów, książek, albumów, bądź czasopism, którymi dodatkowo nie trzeba dzielić się całą klasą. Dzieci szybko uczą się korzystania z wielu źródeł, a to bardzo cenna umiejętność.

Nauka w domu, to nie tylko typowa praca z podręcznikami, to także, a może przede wszystkim eksperymenty, zabawa, wycieczki, zwiedzanie zabytków, obserwowanie przyrody, podróże do miejsc historycznych. Każdy dzień może znacząco różnić się od poprzedniego, być okazją do nowych odkryć i wyzwań. Wszystko zależy od inwencji oraz pomysłowości rodziców (a także samych dzieci), ale również, niestety, od zasobności ich portfela. Inspiracjami i pomocą służą witryny internetowe dedykowane rodzinom realizującym edukację domową oraz platformy czy serwisy edukacyjne. Ciekawym urozmaiceniem może być też korzystanie z bogatej oferty edukacyjnej Uniwersytetów Dziecięcych, oferujących zajęcia akademickie dla najmłodszych.

Nie wszyscy uczniowie korzystający z tradycyjnych metod nauczania uczęszczają do dobrze wyposażonych placówek. Czasem pobliskie szkoły ze swoim zapleczem i pomocami dydaktycznymi pamiętają dawne, lepsze czasy.

- Gimnazjum, do którego uczęszczałam było starym, od lat nieremontowanym budynkiem. Do dziś pamiętam grzyb na ścianach i wybrzuszone parkiety we wszystkich pomieszczeniach - po zalaniu deszczem podczas wakacji 1999. Widok odrapanych toalet z przedpotopową armaturą przeraziłby co wrażliwszego wizytatora. Sala audiowizualna chyba nie zasługiwała na takie miano, ponieważ była to po prostu sala lekcyjna z wiekowym telewizorem. Niekiedy podczas lekcji oglądaliśmy albumy czy zdjęcia, przechodziły one z rąk do rąk, więc każde z nas miało zaledwie chwilę na zapoznanie się z ich treścią. Pomoce dydaktyczne? Zazwyczaj pojawiały się takie w rodzaju "papier-ołówek", a i to był rarytas - opowiada 31-letnia Alicja.

- Rejonowa podstawówka, która przysługiwałaby mojemu synowi z racji miejsca zamieszkania nadal ma wystrój taki, jak w czasach, gdy ja do niej uczęszczałam. Szkoła jest stara i co gorsza ciasna do tego stopnia, że nie ma w niej nawet korytarza z prawdziwego zdarzenia. Zimą dzieci spędzają przerwy w salach lekcyjnych, przed wakacjami sytuacja się poprawia, bo wtedy przynajmniej wychodzą na boisko - mówi anonimowo mama chłopca uczącego się w domu.

Dzięki omawianej formie nauki odpada problem porannych pobudek, znienawidzonych przez wiele maluchów czy nastolatków. Wczesne wstawanie to dla uczniów prawdziwa męka, choć oczywiście i tu zdarzają się wyjątki. Cenny jest też czas zaoszczędzony na dotarcie oraz powrót ze szkoły, wszak nie każdy ma to szczęście mieć ją tuż pod samym domem.

Rodzice nie muszą legitymować się dyplomem pedagogiki wczesnoszkolnej, by zostać nauczycielami swojego dziecka. Jeśli czują się na siłach, aby wziąć na siebie taki obowiązek, ich formalne wykształcenie nie ma większego znaczenia. Jednak prowadzenie edukacji domowej wymaga od dorosłego nie tylko talentu pedagogicznego, ale też wiedzy, samodyscypliny, zaangażowania i systematyczności.

Z dala od problemów?

W edukacji domowej dzieci chronione są przed tą ciemniejszą stroną tradycyjnego systemu nauczania. W końcu poza cennym uspołecznieniem przebywanie w dużej zbiorowości ma też inne konsekwencje. Młodzi ludzie oprócz pozytywnych wzorców przyswajają też zachowania nie do końca akceptowalne, ulegają coraz dziwniejszym i nie najmądrzejszym szkolnym modom, popisują się zasłyszanymi powiedzonkami, które mrożą rodzicom krew w żyłach. Osobny problem stanowią używki, z narkotykami i dopalaczami włącznie. Prawie każdy nastolatek wie, gdzie można je nabyć oraz kto zajmuje się ich dystrybucją. Nierzadko dilerzy rekrutują się spośród samych uczniów. Rodzice, nie chcąc takiego towarzystwa dla swoich pociech, wybierają małe, kameralne placówki lub, coraz częściej, edukację domową.

Nie można zaprzeczyć, że niektórzy uczniowie czują się odepchnięci przez grupę, przez co latami funkcjonują gdzieś na marginesie klasy. Inni stają się ofiarami przemocy rówieśniczej i zastraszeni do granic obłędu milczą, zamiast pozwolić dorosłym sobie pomóc. W takich warunkach łatwo o niską samoocenę, depresję czy tworzenie się kompleksów. Nie mówiąc już o tym, że nie są to okoliczności sprzyjające efektywnej nauce. W zaciszu własnego domu, w niemal cieplarnianym otoczeniu, dzieci są całkowicie bezpieczne i mają doskonałe warunki do rozwoju.

Mimo to nie wszyscy uważają, że takie swoiste rozpościeranie parasola nad pociechami będzie im służyć. Przecież pewna ilość przykrych doświadczeń też jest potrzebna, by dzieci mogły sobie poradzić w życiu. Usuwanie wszelkich trudności z ich drogi może spowodować, że w przyszłości takie osoby nie będą potrafiły przyjmować porażek i godzić się z nimi.

Koszty, koszty, koszty

Aby nauczać swoje dzieci w ramach ED przede wszystkim trzeba mieć na to czas oraz możliwości, także finansowe. Jedno z rodziców musi wszak zostać w domu z dzieckiem, zatem rezygnuje z pracy lub pracuje zdalnie. Na taki układ nie każda rodzina może sobie pozwolić. Ci, którzy nie mogą lub nie chcą rezygnować z aktywności zawodowej, a jednocześnie pragną, by ich dzieci kształciły się w domu niekiedy korzystają z usług guwernantek bądź guwernerów, zatrudnionych na cały etat. Jest to jednak drogie rozwiązanie. Co więcej, wówczas nauczycielem nie jest rodzic, tylko obca osoba.

Dodatkowym obciążeniem jest fakt, że za wszelkie pomoce dydaktyczne rodzice płacą z własnej kieszeni. Co ważne, subwencje oświatowe nie trafiają na rodzinne konto bankowe, tylko do szkoły, do której zapisany jest uczeń.

Tyle ich omija!

Największą bolączką chłopców i dziewcząt uczących się w domu jest ograniczony kontakt z rówieśnikami. Co prawda homeschoolersi szybciej kończą zajęcia i nierzadko po południu są już wolni, ale ich koledzy mają zdecydowanie mniej czasu, ponieważ kilka godzin dziennie spędzają w szkole, do tego dochodzi konieczność odrabiania lekcji, niekiedy dojazdów, uczenia się do kolejnych sprawdzianów oraz, dość często, przymus wczesnego położenia się spać, z uwagi na poranną pobudkę.

Wyjściem z sytuacji jest zapisanie pociechy na zajęcia dodatkowe, gdzie będzie regularnie spotykać inne dzieci i spędzać z nimi czas. Zaprawieni w bojach rodzice aktywnie szukają kontaktu z innymi rodzinami realizującymi homeschooling, organizują spotkania dzieci, czasem też wymieniają się nimi, by te mogły pobyć z innymi dorosłymi i skorzystać z domowych lekcji innych niż te prowadzone przez własnych opiekunów.

- Nie wyobrażam sobie, aby mogła uczyć moje dzieci w domu. Kojarzy mi się to z zamykaniem ich w czterech ścianach. Przede wszystkim nie stać mnie na to, by organizować im codziennie lekcje muzealne i kilka razy do roku jeździć na wycieczki, a co dopiero w sytuacji, gdybym zrezygnowała z pracy. Mam też wątpliwości, czy byłabym na tyle kreatywna, żeby aranżować pasjonujące lekcje, jednocześnie przekazując podstawę programową. A gdybym czegoś nie dopilnowała? Miałabym wyrzuty sumienia. Nie posyłając ich do szkoły czułabym, że coś im odbieram, a może nawet im szkodzę – podsumowuje pani Agata, mama dwóch chłopców.

Według przeciwników edukacji domowej, dzieci powinny zbierać różnorodne doświadczenia, również te negatywne, ponieważ życie tak właśnie wygląda. Szkolne sprzeczki też uspołeczniają, uczą przecież niełatwej sztuki kompromisu. Przecież na zajęcia dodatkowe lub spotkania aranżowane przed rodziców realizujących ED przychodzą na ogół dzieci wyselekcjonowane, a przecież pociechy powinny wiedzieć, że ludzie są rożni, czasem wręcz trudni i niedostosowani, bo w przyszłości przyjdzie im funkcjonować w społeczeństwie złożonym z jednostek.

Ponadto, szkolne lata to nie tylko ryzyko zetknięcia się z nieakceptowanymi zachowaniami czy bezmyślne wkuwanie regułek, jak twierdzą niektórzy, ale i zdrowa rywalizacja, chwilowe oderwanie od rodziców, sukcesy, relacje, znajomości, poznawanie nowego środowiska, zakochiwanie się w klasowych kolegach i koleżankach, zawieranie przyjaźni, nauka samodzielności, porozumienia, radzenia sobie z porażkami, funkcjonowania w grupie, współpracy... To też wstęp do dorosłego życia, studiów, pracy. Odtworzenie tego wszystkiego w domowych warunkach może być dość trudne. Niejedno z nas dobrze wspomina szkolne lata, czasem nawet jako jeden z najpiękniejszych okresów w życiu.

Zwolennicy ED odpowiadają, że przyjaźnie ze szkolnej ławy są silne, ale w większości przypadków mogą nie przetrwać próby czasu. Jak przekonują, kontakty z rówieśnikami są ważne, ale w późniejszym czasie, w pracy zawodowej mamy przecież styczność z osobami w bardzo różnym wieku i to z nimi powinniśmy umieć się porozumieć, a nie tylko z osobami urodzonymi w tym samym roku, co my.

Wizja osamotnienia

Rodzice homeschoolersów uchodzą za buntowników, którzy w imię własnych ideałów odcinają dzieci od normalnego życia. Wielu z nich twierdzi, że gdy przyznają w towarzystwie, że uczą dzieci w domu reakcje rozmówców bywają różne. Wśród zwolenników tradycyjnej szkoły nie brak osób twierdzących, że edukacja domowa jest wręcz szkodliwa. Wątpią, by spotkania z innymi dziećmi dwa razy w tygodniu wystarczyły homeschoolersom do pełnej socjalizacji

Anna, pedagog z elbląskiego gimnazjum w rozmowie z Interią przyznaje, że nie jest przeciwna omawianej idei, ale trzeba mieć na uwadze również ewentualne zagrożenia z nią związane, zanim podejmie się decyzję. Zdaniem ekspertki homeschoolersi siłą rzeczy mają mniej kontaktów z innymi dziećmi, co w niektórych przypadkach może być przyczyną zaburzeń adaptacyjnych oraz grozić niedostosowaniem społecznym. Dziecko uczone w domu i spotykające raczej wyselekcjonowaną grupę rówieśników nie spotyka się bowiem z problemami innych dzieci, nie obserwuje ich zachowań w różnych sytuacjach.

- Może się zdarzyć, że rodzic zafascynowany modą na nauczanie domowe będzie za nią podążał i, być może, przeceni swoje umiejętności. Nie każdy ma odpowiednie predyspozycje, by występować w roli nauczyciela – mówi pani pedagog.

Wiadomo, wiele dzieci zareaguje entuzjastycznie na propozycję niechodzenia do szkoły, ale co z jakością domowego kształcenia, zwłaszcza w kolejnych latach, gdy materiał do opanowania będzie coraz obszerniejszy i wymagający? Poziom klas 1-3 jest nie sprawia trudności wielu rodzicom, ale jak będzie dalej? Czy będą oni w stanie przygotować swoje pociechy do matury na poziomie rozszerzonym z matematyki, fizyki i języka obcego? 

W wielu przypadkach prędzej czy później pojawi się konieczność wsparcia z zewnątrz, korepetytora lub innego rodzica edukacji domowej, który specjalizuje się w tych właśnie przedmiotach. Czasami edukacja domowa kończy się na etapie czwartej klasy, niekiedy w okresie gimnazjalnym czy licealnym, ale są też młodzi ludzie, którzy uczyli się w domu do czasu, kiedy poszli na studia.

Praktyka zresztą pokazuje, że homeschoolersi w kolejnych etapach edukacji uczą się sami, rola rodziców zmniejsza się z czasem. Ponadto, rodziny nigdy nie są pozostawione same sobie, szkoła do której zapisani są uczniowie ma obowiązek zapewnić im takie wsparcie, jakie akurat będzie potrzebne. Okazuje się, że największy problem młodzież ma z matematyką, wszak trudno jest nauczyć się jej samemu.

Własna decyzja

Decyzja o spełnianiu obowiązku szkolnego poza szkołą z pewnością wpłynie nie tylko na życie ucznia, ale i pozostałych domowników, czasem będzie prawdziwą rewolucją. Zdarza się, że taki wybór ma związek ze światopoglądem danej rodziny, częstymi podróżami, doznanymi rozczarowaniami lub chęcią maksymalnego wykorzystania potencjału drzemiącego w uczniu. Bez względu na powody, taki krok powinien być dobrze przemyślany, zaakceptowany przez wszystkich zainteresowanych. Aby uczyć swe pociechy w domu trzeba mieć ku temu nie tylko chęci, ale i możliwości.

Są dzieci, którym ED wyjątkowo służy i czerpią z niej bardzo wiele, ale są też takie, które uczęszczają do bardzo dobrych szkół i jest to dla nich najlepszy wybór. Cokolwiek postanowimy, ważne, by własne ambicje nie przesłoniły nam dobra naszego dziecka.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje