Reklama

Często nie wiemy, co jest dobre dla dziecka

Opiekujemy się nimi tak bardzo, że nie zostawiamy miejsca na życie?

Reklama

- Tak. Po prostu wymagamy rzeczy absolutnie niemożliwych. Jest świetna książka niemieckiego psychoterapeuty Michaela Schulte'a-Markworta "Wypalone dzieci. O presji osiągnięć i pogoni za sukcesem". Autor opisuję, że zgłaszają się do niego dzieci 12-, 13-letnie z wszystkimi syndromami wypalenia zawodowego, z takim stanem psychicznym, z jakim się zgłaszają ludzie po 15 latach pracy w korporacji.

Co się z nami stało? Z nami rodzicami?

- Uwierzyliśmy w to, że jak się ktoś naprawdę mocno postara, to może wszystko. To nie jest prawda.

To dlaczego, skoro wierzymy w ten mit, nie realizujemy go w stosunku do siebie?

- Ależ realizujemy i mamy z tego samego powodu te same problemy. Wymagamy od siebie absolutnie zbyt wiele - coraz więcej, coraz szybciej, coraz mocniej, a kiedy dochodzimy do ściany, to co? Albo zawiodłem, albo staram się zrobić coś, żeby od tej ściany się odbić, łącznie z narkotykami, łącznie z innymi sztucznymi metodami nakręcania się, co nas kosztuje bardzo wiele.   

Jednak wielu dorosłych w porę się opamiętuje. Zostawiają korporacje, zmieniają swoje życie, kupują dom na Mazurach i rzucają wszystko, co robili do tej pory. A dziecko? Ono nie ma takich możliwości.

- Bo dziecko wierzy nam. Proszę pomyśleć, czy w wieku 10, 12, 15 lat dziecko może uważać, że przebieg mitozy i mejozy albo rozwiązywanie równań kwadratowych ma dla niego jakikolwiek sens? Nie może. To proszę mi powiedzieć, dlaczego się tego uczą? Tylko z jednej przyczyny - bo my tego od nich chcemy, a oni ufają, że my wiemy co robimy. Tylko, że problem polega na tym, że my nie zawsze wiemy, co robimy. 

Często nie wiemy.

- Właśnie. Trochę nie wiemy, albo robimy to z automatu. Mówimy: "Robimy to dla waszego dobra", ale nie dokonujemy refleksji. Co to znaczy dla waszego dobra? Możemy powiedzieć: "Tak, odbiorę ci dzisiaj trochę dzieciństwa, ale będziesz mieć wspaniałą przyszłość". A ja powiem: "Jeżeli odbierzesz mi tego dzieciństwa za dużo, mogę nie mieć żadnej przyszłości". Tak jest i to się dzieje na naszych oczach. Cenne jest to, co pani powiedziała - dorosły już coraz częściej dokonuje autorefleksji i wycofuje się. Natomiast młody człowiek nie ma jeszcze tych społecznych narzędzi - on nie zarobił na ten domek. Nie zna też świata tak, jak my, więc ufa temu, kto zna, czyli nam. Rzecz w tym, że między światem wyścigu szczurów i ciągłej konkurencji, a losem naszych dzieci stoimy już tylko my. Jeżeli my się przyłączymy do tamtego świata, to dzieci będą w tarapatach.

Co możemy zrobić?

- Nie przyłączać się do tego świata.

A nas, rodziców, kto ma nauczyć właściwego postępowania? Z obserwacji wiem, że dorośli są niezwykle przewrażliwieni na punkcie bycia dobrym rodzicem.

- Dlatego nie należy nikogo pouczać, tylko należy wyjaśniać. Jestem jako biolog w komfortowej sytuacji, ponieważ dyscypliny przyrodnicze nie służą do pouczania, tylko służą do wyjaśniania, więc jako uczciwy biolog wyjaśniam. To skutkuje.

Są specjalne kursy dla rodziców, ale mam wrażenie, że ci, którzy powinni się na nich znaleźć, myślą o sobie: jestem takim świetnym rodzicem, niczego nie mogę się nauczyć. 

- Nie wiem, czy jest tak dużo rodziców zadufanych w sobie, żeby mówić: "Jestem świetnym rodzicem". Nie o to chodzi, że dorosły uważa się za doskonałego rodzica, tylko, że większość propozycji kierowanych do rodziców jest propozycjami pouczającymi. Jeżeli on ma przyjść i słyszeć po raz setny, jaki jest fatalny i co powinien zrobić, żeby być wspaniały - przepraszam bardzo - samemu by mi się nie chciało pójść na taki kurs. To musi być po prostu wiedza. Możemy przyjechać na takie sympozjum (wywiad został przeprowadzony podczas IV Sympozjum Neurodydatyki - dop. red.), posłuchać wykładów na TEDzie, poszukać. To naprawdę jest.

- Potem, jak już informacje zaszczepią się w mojej głowie, to pomyślę: "Może powinienem wiedzieć trochę więcej, może to, co mi się wydawało, że jest u mojego dzieciaka, tak naprawdę takie nie jest". To nie jest kwestia błędu - ludzie mają prawo, żeby im się wydawało, wtedy szukają. Widzę to na spotkaniach z rodzicami. A nie są to wyłącznie rodzice z kursów, na przykład jestem zapraszamy na spotkania z rodzicami w szkołach po wywiadówkach, czy w ich trakcie. Nigdy nie spotkałem się z odbiorem typu: "Co pan tu opowiada, po co nam to." Nie. Zawsze jest uwaga. Oczywiście, jedni skonsumują informacje głębiej, inni nie, ale to jest normatyw w przekazie. Ktoś coś mówi, to nie znaczy, że drugi będzie chciał tego słuchać.

Proszę mi jeszcze powiedzieć, jak było z tą wodą? Dlaczego uczeń powinien pić?

- Problem polega na tym, że dzieciaki się bardzo szybko odwadniają. Mają stosunkowo wysoki metabolizm. Duża powierzchnia skóry w stosunku do masy powoduje, że ucieczka wody, chociażby przez parowanie skórne, jest duża, a czasu na to, żeby czegoś się napić, nie mają, bo na długiej przerwie najczęściej są inne sprawy do załatwienia, niż pójście do sklepiku, czy wypicie wody mineralnej. Lekcja byłaby takim miejscem, gdzie wydaje mi się, nic by się nie stało, gdyby ta woda mineralna na stole czy obok stanęła, a dzieciak automatycznie, odruchowo wypił sobie kilka łyków. Dzięki temu byłby bezpieczny na poziomie fizjologicznym i naprawdę - uwodnienie tkanki, również tkanki mózgowej, gdzie jest tej wody bardzo dużo, ma wpływ na to, jak on funkcjonuje poznawczo.   

             

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje