Polskie dzieci są najlepsze na świecie

Polskie dzieci są grzeczne, dobrze wychowane i szczęśliwe. Do tego nie są chciwe. Są pod tym względem wyjątkowe. Nie spotkałem się z czymś takim nigdzie indziej – mówi Jeff Kinney, autor niezwykle popularnego cyklu książek „Dziennik Cwaniaczka”.

Adam Wieczorek, Interia: Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale dla wielu dziewięciolatków w Polsce twoje książki są przewodnikiem o dojrzewaniu. Po lekturze pytają rodziców, kiedy zaczną im rosnąć brody i wąsy. Podejrzewałeś, że twoje książki mogą stać się podręcznikiem parentingowym?

Reklama

Jeff Kinney: Zdecydowanie nie, ale to jest jeden z najbardziej interesujących aspektów pisania. Im więcej piszę książek, a muszę przyznać, że jestem już trochę zawstydzony ich ilością, tym częściej znajdują nowe zastosowania. Na przykład w Chinach są używane do nauki angielskiego. To coś wspaniałego. W tym przypadku ich liczba jest rzeczywiście przydatna. Można długo korzystać z materiałów źródłowych.

Czyli nie jest zaskoczony tym poradnikowaniem?

- Jak o tym dłużej pomyślę, to jednak jestem (śmiech).

Zatem skąd bierzesz pomysły na swoje książki? Raczej nie są to tylko wspomnienia z młodości.

- Dużo materiałów do Cwaniaczka pochodzi z mojego życia, ale im dalej brnę w serię, tym częściej muszę polegać na sile wyobraźni. Mam zestaw narzędzi, który pozwala mi systematycznie wymyślać dowcipy.

Jak to wygląda?

- Najpierw wypisuję wszystkie składniki, czyli jeśli weźmiemy ostatni tom "No to lecimy", to mamy samolot, a co za tym idzie również lotnisko. W samolocie będą siedzenia, okna, pilot, pasażerowie itd. Gdy zaczynam pracę, po kolei przechodzę przez poszczególne elementy i sprawdzam, czy da się tam zrobić coś śmiesznego. Sprawdzam, co się stanie, jeśli zabiorę siedzenie Grega, albo pilota czy łazienkę. Stosuję wiele narzędzi eliminacji i doboru, ale w końcu mam materiał. 

Masz dwóch braci i siostrę. Jak wiele historii pochodzi od nich?

- Mnóstwo. Wiele opowieści pochodzi z doświadczeń rodzinnych. W książkach jest DNA mojego dzieciństwa.

Jesteś Gregiem, jego bratem, a może kimś innym?

- Myślę, że przez większość czasu jestem jak Greg. Tak, zdecydowanie.

Co najbardziej lubisz w Cwaniaczku?

- Lubię każdą z opowieści z innych powodów. Nie mógłbym chyba wybrać jednego momentu, który jest najlepszy. Lubię to, że jest tam mnóstwo materiału. Jest co czytać, bo książki sięgają głęboko. 

A ulubiona postać?

- Rowley, który jest najlepszym kumplem Grega. Lubię go, bo chce być dzieckiem. Nie przeprasza za to, że nim jest. Walczy z Gregiem, co jest dodatkowo śmieszne. 

Pierwszy tom, obejmował cały rok szkolny. Potem zacząłeś ograniczać ramy czasowe. W ostatnim tomie mamy tylko święta.

- Czasami dzieje się to na przestrzeni tylko kilku dni. Staram się spowolnić przebieg czasu, bo nie chcę, żeby zaczęto mnie pytać, czemu Greg jest ciągle w szkole i w tym samym wieku. 

Zatem Greg nigdy nie dorośnie?

- Nie. Jest postacią rysunkową, zatem utknął w tym przedziale czasowym na zawsze. Wydaje mi się, że nie lubimy, jak bohaterowie kreskówek czy komiksów się zmieniają. Weźmy Harry'ego Pottera. Nie chcieliśmy, żeby dorastał. Dlatego książki musiały się skończyć. W przypadku postaci rysunkowych, jest to jeszcze ważniejsze. Będę zatem tworzył w tym klimacie do końca świata lub do chwili, gdy wykończy mnie jedzenie fast foodów.

Muszę przyznać, że wiele aspektów postępowania mamy Grega widziałem i dostrzegam prawie codziennie.

- I o to chodzi. Mam nadzieję, że ludzie odnajdują kawałki swoich historii i rodzin w tych opowieściach. 

Rozumiem, że masz głowę pełną pomysłów?

- Właśnie nie. Praktycznie ich nie mam. U wielu pisarzy pomysły cały czas kłębią się w głowie, ale nie u mnie. Zawsze toczę walkę o dobry materiał. 

Może dobrze zrobiłaby ci odmiana. Chwila odskoczenia od świata Grega.

- Myślę, że muszę się zmierzyć z tym wyzwaniem. Lubię patrzeć na dzieciństwo z różnych perspektyw. Będę pisał dla dzieci. Pracuję jednak nad książką dotyczącą innowacji i twórczego myślenia. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale to moja jedyna książka dla innej grupy docelowej.

Co lubisz w dzieciach?

- To dobre pytanie. Chyba wszyscy lubią dzieci. Nie wiem czy jest jakaś prawidłowa odpowiedź. Lubię to, że są zabawne i lubią się bawić. Nie dźwigają obciążeń, które mają dorośli. 

A jednak Greg ma ich tyle, że starczyłoby na armię dorosłych.

- To prawda, ale większość z nich, to jego wina. Nie współczujemy mu, bo zasługuje na wszystko, co go spotyka.

Patrząc na książki o Cwaniaczku można uznać, że system szkolnictwa w Stanach Zjednoczonych jest zły. Czy to prawda?

- Myślę, że za czasów mojego dzieciństwa było gorzej. Mogłeś zostać pobity czy popchnięty praktycznie bez powodu. Szkoły się poprawiły. Wszelkie przypadki przemocy są zgłaszane i rzeczywiście się na to reaguje. Wypracowano odpowiednie metody działania. Teraz jest lepiej dla dzieci.

Twoje dzieci czytają Cwaniaczka?

- Owszem. Mają 15 i 12 lat, więc wychodzą już z grupy docelowej. Muszę zapytać starszego syna, czy czytał tę ostatnią, bo młodszy na pewno czytał i mu się podobała. Staram się, aby moi chłopcy przeczytali je jako pierwsi. Nie testuję książek na innych dzieciach. Zresztą nie testuję książek nawet na moich synach, bo gdy je czytają, jest już za późno na zmiany. Moment na poprawki trwa może 5 sekund, zanim wyślę je do wydawcy. To część mojego systemu pracy. Chcę, żeby czytali je w całości. Nie lubię pokazywać nieskończonej pracy. 

Ile trwa taki proces twórczy?

- Obecnie trwa to około pięciu miesięcy, ale pierwsza powstawała osiem lat. Przez trzy lata próbowałem być rysownikiem pasków komiksowych do gazet. Potem pracowałem nad Cwaniaczkiem przez osiem, więc w sumie zajęło to jedenaście lat. Sukces był zaskoczeniem. Piszę książki od dziesięciu lat i moje życie stało się bardzo dziwne i cudowne. Uwielbiam je.

Pewnie sporo czasu spędzasz w podróżach?

- W ciągu roku prawie trzy miesiące. Książki są przełożone na 54 języki, więc mam gdzie jeździć. Z najbardziej egzotycznych miejsc odwiedziłem Filipiny, Brazylię, Singapur i zaskakująco interesującą Łotwę. Bardzo podobała mi się starówka w Rydze. W Warszawie też mi się podoba.

Co podobało ci się najbardziej?

- Macie niesamowicie miłe dzieci. Naprawdę. Są grzeczne, dobrze wychowane i szczęśliwe. To była prawdziwa przyjemność się z nimi spotkać. Praktycznie w każdym innym kraju na świecie, dzieci proszą mnie o autografy dosłownie na wszystkim, od książek po chusteczki higieniczne. Tutaj nie było takich sytuacji. Autograf na książce czy zakładce wystarczył. Nie spotkałem się z czymś takim nigdzie indziej. Polskie dzieci są wyjątkowe. Nie są chciwe. 

Przy pisaniu i podróżach masz jeszcze czas dla siebie?

- Niewiele. Przyznaję, że nie spędzam tyle czasu z dziećmi, ile bym chciał. Jest pewien cykl pisania, promocji i podróży, który określa moje życie. Zarządzam też naszą rodzinną księgarnią. Można mnie tam spotkać, bo pracuję na trzecim piętrze, więc staram się zaglądać w przerwach na dół. Mamy w planach otwarcie trzeciego piętra dla wszystkich, żeby dzieciaki mogły przychodzić i patrzeć, jak pracuję. 

W jednej z książek Greg napisał list do swojego ulubionego autora książek. Po jakimś czasie dostał sztampową odpowiedź z działu marketingu. To twoje doświadczenia z listami od dzieci, czy postępujesz inaczej?

- Dostaję mnóstwo listów od dzieci. Jestem trzy-cztery lata do tyłu z odpisywaniem, więc część z nich zdążyła po drodze dorosnąć. Staram się odpowiedzieć na wszystkie. Zdarza się, że to są bardzo formalne listy, ale przynajmniej mój podpis jest prawdziwy.

Czy jakieś historie z tych listów stały się źródłem inspiracji?

- Nie, ponieważ nie mogę wykorzystywać takich źródeł. Dzieci wysyłają pomysły bez przerwy, ale gdybym ich użył, wpadłbym w kłopoty prawne. Niestety nie mogę tego użyć. Powiedzmy, że dziecko opisze historię kota spadającego z dachu i lądującego w kałuży. Jeśli to opiszę, to może się okazać, że zgłosi się dziecko, a raczej jego rodzic, z roszczeniem finansowym za wykorzystanie pomysłu. Autorzy są skutecznie zniechęcani przez prawników do korzystania z pomysłów od fanów. Jest to smutne, zwłaszcza w przypadku książek dla dzieci, gdzie odzew jest tak pozytywny. Wynika to chyba z naszej kultury. 

Cwaniaczek wpisuje się w gatunek książek dla dzieci, których nie kochają rodzice. Czy czytasz inne prace z tego gatunku, jak np. "Przygody Kapitana Majtasa"?

- Moje dzieci czytają. Wydaje mi się, że przeczytałem jedną czy dwie, ale są bardzo niegrzeczne. Zresztą ich autor, Dav Pilkey jest moim kolegą. Lubię też serię "Domek na drzewie", której autorem jest Andy Griffiths.

Wydaje mi się, że sukces tych opowieści tkwi w tym, że nie próbują dzieci niczego uczyć. Są po prostu zabawne.

- Zgadzam się z tym. Uważam, że najważniejszą rzeczą, której powinniśmy nauczyć nasze dzieci jest to, że czytanie może być przyjemnością i zabawą. Tamte i moje książki spełniają to założenie.

Zdajesz sobie sprawę, że w polskiej wersji językowej Greg jest Cwaniaczkiem, choć w oryginale to bardziej słabeusz czy mięczak. 

- Prawdę mówiąc dowiedziałem się o tym dopiero dzisiaj z radia. To było spore zaskoczenie. W niektórych kulturach nie ma odpowiednika słowa "Wimpy". Tak jest w niemieckim, a w Brazylii książki są "Dziennikiem Banana". W niektórych krajach książka jest po prostu "Dziennikiem Grega". 

Oczywiście Greg jest trochę cwaniaczkiem, zwłaszcza gdy chodzi o pieniądze.

- Masz rację, nie pomyślałem o tym. W Rosji też mają problem z tytułem, bo nie do końca podoba im się, że Greg nie jest silny i zwycięski. To kwestia różnic kulturowych.

Cwaniaczek doczekał się czterech ekranizacji. Która podobała ci się najbardziej?

- Myślę, że pierwsza. Była najbliższa oryginału, dobrze pokazując relację Grega i Rowleya. W czwartej części zmieniła się obsada. Musieli to zrobić, bo aktorzy już dorośli, a bohaterowie nie.

Starasz się utrzymywać jeden styl rysunków, ale on też ewoluował przez lata. 

- Próbuję tego nie zmieniać, ale nie zawsze się to udaje. W najnowszej książce jest sporo scen z dużą liczbą osób, które wymagały dużo pracy. Kolejna książka będzie poświęcona śniegowi, więc będzie łatwiejsza do zilustrowania. Co prawda nie będę raczej wysyłał Grega na stok narciarski, bo to powoduje, że żarty są bardziej slapstikowe, a ja preferuję rozterki wewnętrzne bohatera. 

Dowiedz się więcej na temat: Jeff Kinney | Dziennik cwaniaczka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje