Poród bez asysty

Idea porodu bez asysty medycznej (ang. freebirthing, unassisted childbirth - UC), zwanego też porodem samodzielnym, zdobywa coraz więcej zwolenniczek, głównie w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Co kieruje kobietami decydującymi się na taki niecodzienny krok?

Mąż, doula, przyjaciółka, członkowie rodziny, personel medyczny, a czasem jeszcze dodatkowo studenci lub stażyści... Rodzić można w towarzystwie różnych osób. Niektórym kobietom bardzo to odpowiada i pragną, by w tej wyjątkowej chwili był przy nich ktoś bliski, kto będzie służył wsparciem. Innym to w tym momencie obojętne, a wielu "tłum" na porodówce po prostu przeszkadza. Nie brak przyszłych mam, którym przeszkadza jeszcze coś innego - nierespektowanie ich woli, postępująca dehumanizacja i technicyzacja porodu, standardy szpitalne, a przede wszystkim traktowanie rodzącej jak być może konieczny, ale za to roszczeniowy element całej akcji. W takiej sytuacji poród domowy z udziałem położnej wydaje się być rozsądnym kompromisem, pod warunkiem, że ciąża przebiega w sposób fizjologiczny. Są jednak kobiety, które idą znacznie dalej, podejmując też przy tym niemałe ryzyko. Nawiasem mówiąc, w dziś Polsce nawet co druga ciąża kwalifikowana jest jako zagrożona (wysokiego ryzyka).

Reklama

Zasadnicza różnica pomiędzy typowym porodem domowym a samodzielnym, to brak obecności położnej. Wybierając ten drugi wariant można rodzić z partnerem (couple's birth), w otoczeniu przyjaciół lub/i rodziny (unassisted with friends and/or family) lub w samotności (solo birth). Najczęściej wszystko odbywa się w domowym zaciszu, ale są też mamy, które pragną rodzić na łonie natury.

Jak to się zaczęło?

Ruch porodów bez fachowej asysty prężnie rozwijał się w USA. Z biegiem czasu wyodrębniło się zeń kilka nurtów, mających jednak ze sobą wiele wspólnego (przede wszystkim rezygnację ze wsparcia medyków podczas rodzenia dziecka), ale różniących się w szczegółach. Przedstawicielką jednego z podejść była Patricia Cloyd Carter, która trójkę swoich starszych dzieci urodziła w szpitalu - w latach 50. ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych była to już powszechna praktyka, zwłaszcza w większych miastach[WA1] . Carter doświadczyła wszystkich standardowych procedur, tak typowych dla zinstytucjonalizowanych porodów, jak lewatywa, golenie łona, badania odbytnicy, konieczność leżenia podczas całej akcji, nacięcie krocza, przymusowe odseparowanie od męża, brak kontaktu z dzieckiem po narodzinach, a przede wszystkim brak jakiejkolwiek kontroli nad sytuacją. Kobieta wspomina, że jej pierwszy poród skończył się koniecznością zastosowania znieczulenia ogólnego i wykorzystaniem kleszczy. Dwa następne również odbyły się w szpitalu. Później kobieta zdecydowała, że jej kolejne dzieci przyjdą na świat w domu, bez pomocy medycznej. Dotrzymała danego sobie słowa. W kolejnych latach urodziła jeszcze sześcioro dzieci - samodzielnie. Swoje przeżycia opisała w książce "Come gently, sweet Lucina", wydanej w 1956 roku.

Drugi nurt zapoczątkowały Amerykanki zawiedzione standardami opieki medycznej nad rodzącymi w latach 60. i 70. Bezskuteczne poszukiwania wykwalifikowanych położnych podzielających ich wizję, skłoniło pewną grupę kobiet do krzewienia idei samodzielnych porodów z dala od szpitali.

Trzeci prąd myślowy, rozwijany w latach 80. wywodzi się od Marilyn Moran, postulującej postrzeganie narodzin jako "miłosny dialog" - jej zdaniem to intymne, wręcz seksualne doświadczenie, które powinni dzielić wyłącznie najbliżsi sobie ludzie. Sama Moran po dziewięciu tradycyjnych porodach zdecydowała się na samodzielny, podczas którego wspierał ją mąż.

Autorką czwartego podejścia joginka, zielarka i matka sześciorga dzieci, Jeanine Parvati Baker. Po trzech konwencjonalnych porodach zdecydowała, że kolejne przeżyje zupełnie inaczej. Według jej wizji idealnie byłoby, aby każda kobieta mogłaby być, jeśli tylko by tego chciała, swoją własną położną, a odpowiedzialność za przebieg procesu narodzin spoczywałaby na rodzicach dziecka.

Współczesną koncepcję porodów bez asysty reprezentuje Laura Shanley, konsultantka do spraw narodzin (choć bez formalnego wykształcenia medycznego) i autorka opublikowanej w 1993 roku książki "Unassisted Childbirth". Kobieta urodziła samodzielnie pięcioro dzieci - czworo z nich przeżyło, czwarte dziecko, urodzone o miesiąc za wcześnie zmarło. Zdiagnozowano u niego wadę serca, zapalenie płuc i sepsę. Shanley czerpie z dorobku poprzedniczek i wyraża się krytycznie na temat obowiązujących standardów opieki medycznej nad rodzącymi.

Po pierwsze: Ryzyko

Wyznawana filozofia, doznana trauma lub rozczarowanie sprawiają, że niektóre przyszłe matki poszukują rozwiązań, które przyprawić mogą o zawrót głowy. Decydując się na poród samodzielny świadomie rezygnują z fachowego wsparcia i zdają się na własne siły. Akceptują ból, jako nieodłączny element porodu, chcą przeżyć ten doniosły moment po swojemu, w zgodzie z naturą oraz własną fizjologią. Entuzjaści tego pomysłu twierdzą, że kobiety są stworzone do rodzenia, bo tak zaprogramowała je biologia. Postępująca medykalizacja porodu powoduje niepotrzebne mnożenie, ich zdaniem, stresujących i nieprzyjemnych dla rodzących procedur. Rzeczywiście, w domowym zaciszu nikt nie podepnie ich do KTG, nie przebije pęcherza płodowego, nie natnie krocza, ani nie poda syntetycznej oksytocyny. Ale też nie udzieli fachowej pomocy, gdy zajdzie taka potrzeba. Jak rodząca ma poradzić sobie sama z łożyskiem przodującym, niewykrytą wcześniej niewspółmiernością porodową, nagłym zahamowaniem całej akcji i spadkiem tętna dziecka, czy poprzecznym położeniem płodu?

Ryzyko związane z porodem bez asysty jest niestety znaczne. Śmiertelność okołoporodowa matek i dzieci w takich okolicznościach jest wielokrotnie wyższa niż w przypadku tradycyjnych porodów z udziałem lekarza bądź położnej. Współczynnik ten dodatkowo rośnie w przypadku kobiet, które z powodów ideologicznych rezygnują z opieki prenatalnej.

Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że coś pójdzie nie tak, nawet jeśli ciąża przebiega książkowo, a kobieta ma za sobą pięć lekkich i bezproblemowych porodów. Dlatego, jeśli przyszła matka koniecznie chce powitać swego potomka na świecie w samotności, bo tak jej nakazuje światopogląd, powinna mieć "w odwodzie" zaufaną położną, która w razie konieczności wkroczy do akcji. Lub po prostu wezwać pogotowie, ale faktem jest, że ono też potrzebuje czasu na przybycie - może się okazać, że pomoc pojawi się zbyt późno.

W zgodzie z naturą?

Dlaczego kobiety chcą rodzić w omawiany sposób? W literaturze przedmiotu najczęściej wskazuje się na chęć uniknięcia zabiegów medycznych, które mogłyby zakłócić naturalny przebieg porodu. Wyznawczynie ( i wyznawcy) filozofii wolnych porodów argumentują, że wydanie dziecka na świat jest normalną funkcją kobiecego organizmu i gdy nie przeszkadza się w tym procesie, matka sama poradzi sobie ze wszystkim. Są kobiety, które nie mogąc znaleźć lekarza czy położnej przyjmujących porody domowe, wycofują się wobec alternatywy rodzenia w szpitalu, która jest dla nich nie do zaakceptowania. Akcentują rolę prywatności i intymności, niemożliwych, ich zdaniem, do zachowania w innych warunkach, a także wymiar duchowy całego procesu narodzin.

Wygląda na to, że Zachód zachwyca się kolejną modą, która postuluje powrót do korzeni i tego, co naturalne. Ale czy tak jest w istocie? Od zarania dziejów położnice rodziły w obecności innych kobiet, zwykle doświadczonych w swoim macierzyństwie, z daleka od rodzącej utrzymywano jedynie mężczyzn. Nasze babcie czy prababcie sześćdziesiąt i więcej lat temu najczęściej rodziły w domach, ale zwykle w towarzystwie akuszerki. Mimo to dzisiejszej śmiertelności okołoporodowej noworodków nie sposób nawet porównać z ówczesną... Poród bez asysty, jeśli taki miał miejsce, był raczej wymuszony przez okoliczności, a nie odbyty w oparciu o obowiązujące prądy myślowe.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje