Życia nie da się przypudrować

Na swojej wizytówce napisała kiedyś: „kobieta wielofunkcyjna – przedsiębiorca, matka, edukator, pisarka – reklama, rozwój osobisty”. Właśnie ukazała się jej książka pt. „Depresjologia”, w której opisuje, jak dzięki metodzie małych kroków udało jej się wyjść z depresji. Agata Komorowska jest szczera do bólu, bo wie, że nie warto okłamywać - ani innych ludzi, ani samej siebie.

Monika Szubrycht, Interia.PL:  Znasz piosenkę Mariusza Lubomskiego "Spacerologia"?

Reklama

Agata Komorowska: Nie.

Śpiewa: "Wynik doświadczeń i poznania oduczył mnie utożsamiania". Czy to nie o tobie?

- Trochę tak. Muszę posłuchać.

"Nikt nie będzie cię miłował i szanował, jeśli najpierw sama nie pokochasz siebie i nie nabierzesz do siebie szacunku. Bez szacunku i miłości własnej będziesz szukała ich na zewnątrz, a wtedy zawsze występujesz w roli ofiary" - to oczywiście prawdziwe. Tylko jak możliwe do zrobienia w społeczeństwie wychowującym dzieci, które mają przede wszystkim okazywać szacunek rodzicom, starszym, ale nie sobie?

- Trudne. Przede wszystkim ważne jest to, żebyśmy uświadomiły sobie, że tak zostałyśmy wychowane, że to nie jest jedyna, niepodważalna prawda, ale coś, co można zmienić, jeżeli nas uwiera i przeszkadza. Bo gdy tworzymy związki, w których jesteśmy nieszczęśliwe, to pewnie nam to przeszkadza. A jesteśmy nieszczęśliwe dlatego, że mamy pewne oczekiwania w stosunku do naszego partnera. Chcemy, żeby w jakiś sposób nas dowartościował, kochał, być może wypełniał jakąś dziurę, którą nosimy w swoim sercu. W dużej mierze bierze się to z tego, że same nie jesteśmy w stanie kochać siebie, więc szukamy miłości na zewnątrz.

- Faktycznie, jest to trudne, bo tak jesteśmy wychowywani od samego początku. I przez szkołę, która żąda szacunku, przez rodziców, którzy żądają szacunku, przez religię katolicką, która również tego oczekuje. Ale w tym wszystkim nie mówi się o sobie, tylko o szacunku do kogoś. Moment, kiedy sobie uświadomimy, że tak jest, to chyba pierwszy krok ku temu, by to zmienić. Nie mówię, żeby innym nie okazywać szacunku, ale żeby zacząć okazywać szacunek sobie, nauczyć się dostrzegać własne potrzeby i szanować je. Dostrzegać to, kim się jest i nie bać się tego, bo my się bardzo często boimy.

- Nagle odkrywamy, że lubimy taki kolor, a nie inny, ale wydaje nam się, że to jest głupie i infantylne, zaraz sobie to etykietujemy i tym samym etykietujemy siebie, znowu dołując się, że to nie jest takie jak oczekują inni. Chcemy dla wszystkich być idealni i zapominamy o sobie, więc jak możemy się szanować, jeśli w pewnym momencie nawet nie wiemy, kim jesteśmy.

Czy można dojść do tego tylko, jak się jest dorosłym? Trzeba przebyć aż tak długą drogę, żeby sprawdzić, kim naprawdę jesteśmy? Nie można tupnąć nogą i powiedzieć: "Ej rodzice, źle wychowujecie swoje dzieci, nie róbcie tak, to może będą siebie kochać od małego".

- Każdy z nas, kto do takiego wniosku dojdzie, może zmieniać rzeczywistość na przyszłość. To jest coś, co staram się mówić wszystkim mamom. Bo tu pojawia się kolejna rzecz: matka jest od tego, żeby poświęcała się dzieciom.

To przecież jeden z naszych narodowych mitów.

-  Tak. Mamy wzorzec matki Polki, która musi się poświęcać dla dziecka, bo ono jest najważniejsze. Gdy mówimy o tych dwóch tematach, to może się z pozoru wydać, że wykluczają się wzajemnie. Bo z jednej strony mówię o narzucaniu dziecku pewnego wzorca, oczekiwaniu szacunku do rodzica, a z drugiej o tym, że matki zapominają o sobie. To dosyć skomplikowane, bo matka także buduje przed dzieckiem pewien mit bycia matką. Matką-heroską, niezniszczalną, zawsze uśmiechniętą, mówiącą: "Zobacz, jak ja się dla ciebie poświęcam, więc masz mnie szanować".

- Często słyszę, jak kobiety mówią: "Tak się dla tego dziecka poświęciłam, tyle mu dałam, a on ma teraz 15 lat i tak mnie traktuje. Pyskuje, nie szanuje mnie, jak on czy ona śmie?". Natomiast on czy ona, nauczyła się traktować tę matkę dokładnie tak, jak ona sama siebie traktuje. Bo jeżeli siebie nie szanowała przez te wszystkie lata, odmawiała sobie wypoczynku, przyjemności, choroby, wszystko to negowała i całą siebie poświęcała dziecku, to ono mając lat naście oczekuje nadal tego samego, tylko rozszerza swoje oczekiwania, żeby dawała mu teraz kasę, święty spokój i tak dalej.

- To jest chore, błędne koło. A z kolei my jako rodzice, staramy się zacisnąć szpony na dziecku, bo jak to - nie szanuje mnie, więc zabiorę mu jego przywileje. I rozpoczyna się wojna. Wobec tego dziecko traci jeszcze bardziej szacunek do rodzica: "Do tej pory dostawałem wszystko, o teraz ona mi to zabiera? Jakim prawem?!". Paradoksalnie te matki, które najbardziej poświęcały się dla swoich dzieci w rezultacie otrzymują najmniej szacunku. Ponieważ same siebie nie szanowały, kiedy dziecko było małe i to dziecko się nauczyło w ten sposób traktować mamę.

- Widzę to po moim najstarszym synu. Początkowy okres mojego macierzyństwa był właśnie taki -typowy i wzorcowy. Matka Polka, która pracowała po kilkanaście godzin na dobę, a po przyjściu do domu stawiała dzbanek kawy na stoliku, by wycinać z dzieckiem. Byłam taką matką, jak się kiedyś nauczyłam patrząc na moją mamę, czytając różnego rodzaju poradniki. Wydawało mi się, że jestem dobrą matką ponieważ wypełniam schemat, idę z pewnego rodzaju wytycznymi, odhaczam po kolei dane punkty. Poza tym moje dziecko chodzi na wszystkie zajęcia dodatkowe, do dobrego przedszkola, do dobrej szkoły, a jak ta szkoła nie jest dobra, to przynoszę go do jeszcze lepszej. Ale żadna z postaci, które uczestniczą w tym dramacie nie jest prawdziwa. Bo ja w tym wszystkim nie byłam prawdziwa. Chowałam swoje zmęczenie, swoje emocje, swoje wątpliwości. Dla mnie ważniejsze były te schematy, którymi trzeba było podążać. Dziecko miało to samo - nie dałam mu szansy na to, żeby było prawdziwe. Jeżeli od maleńkiego mówię, jakie ono ma być, to tym bardziej się buntuje jako nastolatek.

Inna sprawa, że zawsze się zbuntuje. To naturalny proces dojrzewania. Problemem by było, gdyby się nie buntował.

- Tak. Natomiast jeżeli wychowujemy dziecko w takim rygorze i poczuciu obowiązku, bunt odbieramy nie tylko jako brak szacunku, ale również jako porażkę. Myślimy: "Ja jako matka zawiodłam, bo jest inny niż chciałam, żeby był. Jeżeli mam się czuć dobrze, to moje dziecko musi być grzeczne, musi mieć pewien wzorzec czy schemat zachowań. Jeżeli tak nie będzie, to znaczy, że się nie sprawdziłam jako matka".

Czyli znowu wracamy do oczekiwań. Nie ważne, czy w stosunku do partnera, czy własnego dziecka - jeżeli czegoś nie robi czujemy, że poniosłyśmy porażkę.

- Ale też takie oczekiwania mamy w stosunku do siebie. Oczekiwania wynikające z pewnych wzorców, których się nauczyliśmy od dzieciństwa. Jeżeli jestem matką - mam być taka, jeśli jestem żoną - mam być taka, jeżeli jestem pracownikiem - mam być taka. A w tym wszystkim nie mam miejsca na to, jaka naprawdę jestem.

Jeśli mówimy o szacunku, to powiedz co robisz, żeby nauczyć swoje dzieci szacunku do siebie.

- Przede wszystkim pokazuje im swoje słabości. Mówię do mojego syna: "Naprawdę nie wiem, co mam zrobić w tej sytuacji. Pomóż mi."

Wtedy na pewno czuje się odpowiedzialny i nie chce cię zawieść.

- Czuje się dowartościowany. Wie, że chcę usłyszeć jego zdanie, nie narzucam z góry swojego, choć oczywiście w niektórych przypadkach to konieczne. Czasami mówię swoim dzieciom: "Słuchajcie, jestem tak zmęczona i boli mnie głowa, że nie dam rady wyjść z wami na spacer". I one to wiedzą. Widzą, że jestem człowiekiem, który ma swoje słabości.

- To samo działa w drugą stronę. Rozumiem, że mój syn z zespołem Downa, który chodzi na różnego rodzaju terapie, ma dosyć przeładowany grafik. Mam więc świadomość, że on się czasami gorzej czuje, że po prostu chce się pobawić ze swoim rodzeństwem, ma gorszy nastrój i chce mu się posiedzieć i oglądać telewizję. Szanuję to. Nie traktuję moich dzieci jak roboty, które muszą wykonywać to, co ja sobie w danym momencie wymyśliłam, tylko staram się być uważna na ich indywidualne potrzeby w danej chwili.

- Trochę traktujemy nasze dzieci jak takie małe robociki. Planujemy im trzy razy w tygodniu gimnastykę, dwa razy w tygodniu śpiew, a w weekend piłkę nożną i pływanie. Tymczasem same padamy na twarz wożąc te dzieciaki, ale wydaje nam się, że spełniamy nasz matczyny obowiązek i to poświęcenie jest tego warte, bo w przyszłości dziecko przez nas będzie lepiej wyposażone, będzie lepiej widziało i więcej umiało. Robimy to w imię lepszej przyszłości naszych dzieci, a zupełnie nie zwracamy uwagi na to, że w tym momencie dziecko jest bardzo nieszczęśliwe.

- Jest nieszczęśliwe, ponieważ ja jestem nieszczęśliwa, ponieważ jestem zmęczona i po trzeciej kawie i naprawdę nie chce mi się już tam jechać. Wszędzie naokoło opowiadam, jak muszę się poświęcać, żeby wozić je na zajęcia, a dziecko słyszy to, że mama jest niezadowolona. Samo też nie chce, bo woli bawić się z koleżankami na podwórku i czuje się nieszczęśliwe, że ktoś odrywa go od zabawy. W tym wszystkim jest jakaś wielka góra nieszczęścia. Nie patrzymy na potrzeby własne, ani dziecka. - Jeśli się gorzej czuję, wolę odpuścić zajęcia. Dziecko będzie szczęśliwe, bo sobie poleci na podwórko, a ja będę mogła swobodnie odpocząć. Mam prawo do złego samopoczucia i moje dziecko też ma prawo do złego samopoczucia, ma prawo do zabawy z rówieśnikami i do tego, żeby sobie czasami spokojnie obejrzeć telewizję.

Piszesz: "Siła jest sprzymierzeńcem depresji". Myślę, że to dość rewolucyjny pogląd. Mamy pewne wyobrażenie na temat depresji. Kogo dotyka? Kogoś, kto jest wrażliwy, słabszy psychicznie. Silnemu się to nie przydarzy.

- I dlatego ludzie nie chcą się przyznawać, że coś jest nie tak.

Wstydzą się?

- Wstydzą się, że będą posądzeni o to, że sobie nie radzą. A nie radzą sobie właśnie dlatego, bo tak długo próbowali sobie radzić. Może to wydawać się dziwne, ale jeżeli nie pozwalamy sobie na pewne słabości, to się w nas kumuluje. Coraz bardziej się spinamy i coraz trudniej nam jest wstać rano, zmusić się, żeby pokonywać przeciwności każdego dnia. Każdy dzień staje się pewnego rodzaju wyzwaniem, polem walki, na którym notorycznie pokonujemy swoje słabości.

- Na zewnątrz jesteśmy postrzegane jako silne, bo zawsze uśmiechnięte, zawsze dobrze zorganizowane, zawsze świetnie sobie radzące ze wszystkim, mające w torebce wszystko od scyzoryka po plastry, zawsze tip-top, żadnych słabości, świetne pracownice, wszystko przygotowujące na czas. Tylko nikt nie zastanawia się, jakim kosztem.

Jakim?

- Kosztem nieprzespanych nocy, nieodchorowanych chorób, rezygnacji z odpoczynku, przyjemności. Tak się nie da na dłuższą metę. Nasz organizm się poddaje. Ja naprawdę byłam bardzo silna. Zmuszałam się do tego, żeby rano wstać, robiłam to krok po kroku - jedna noga w dół, druga noga w dół, a teraz idę do łazienki. Byłam katem sama dla siebie. Stałam nad sobą z batem i dawałam po tyłku kiedy czułam się słabiej.

- Tylko, że to było coraz trudniejsze, aż w pewnym momencie po prostu straciłam kontrolę nad moim własnym organizmem. Bo kiedy dostałam tak wysokiego ciśnienia, że trzeba było wzywać karetkę, to nad tym nie byłam już w stanie zapanować. Mogłam panować nad swoimi słabościami do pewnego momentu. Natomiast jeżeli ciało się poddaje i zaczyna chorować, to nad tym zapanować już nie można. Nie da się zapanować nad atakiem serca, nad rakiem, nad nadciśnieniem. Próbujemy być silne z poziomu rozumu, bo musimy zawieźć dziecko do szkoły, przygotować obiad, zrobić prezentację, a nasze ciało mówi: "Figa, nic z tego, już dłużej nie".

Ale to "już dłużej nie" cię uratowało. Brzmi kuriozalnie. Powiesz: "Dziękuję, że miałam nadciśnienie, że wylądowałam w szpitalu"?

- Tak. Jestem za to wdzięczna. Zgadza się. Bo to zmusiło mnie, żebym się zatrzymała i spowodowało, że musiałam się zastanowić nad tym, co dalej. Zrozumiałam, że muszę podjąć decyzję, czy ja w ogóle chcę dalej żyć. Bo jeżeli będę kontynuowała moje życie tak, jak do tej pory, to długo nie pożyję, bo jeżeli poradzę sobie z nadciśnieniem, to za chwilę przyjdzie coś innego. I wtedy stwierdziłam, że jeżeli chcę żyć, to nie mogę tego robić tylko dla moich dzieci, myśleć o tym, że muszę przetrwać, bo Krystian będzie mnie potrzebował przez dobrych parę lat, tylko muszę zacząć żyć dla siebie. To było dla mnie rewolucyjne odkrycie, bo jak to żyć dla siebie? To szczyt egoizmu, tak nie wolno.

I znowu kłania się wychowanie.

- I wzorce z naszego dzieciństwa, bo nasze mamy, które żyły w bardzo ciężkich czasach, były nauczone tego, że muszą sobie z wszystkim radzić. To były inne czasy, często mamy nie pracowały, ale nie było pieluch jednorazowych, ani jedzenia na półkach, więc trzeba było walczyć o tego typu rzeczy. Matki były silne, zawsze uśmiechnięte i sobie z wszystkim radziły. Co więcej, nawet teraz słyszę opinie różnego rodzaju terapeutów, którzy nawołują do tego, że taki powinien być wzorzec rodzicielstwa.

- Matka powinna być silna, powinna być oparciem dla swoich dzieci i nie wolno jej okazywać słabości. Ma z uśmiechem witać pociechę, ponieważ kiedy jest smutna, to dziecko bierze odpowiedzialność za ten smutek na siebie. Tylko, że temu dziecku trzeba wytłumaczyć, dlaczego mama taka jest i jeżeli ona daje sobie prawo do smutku, to daje także takie prawo dziecku. Smutek jest normalny, żałoba jest normalna, rozpacz i płacz także. Nie możemy negować wszystkich negatywnych emocji, bo efekt jest tego taki, że ostatecznie wpadamy w depresję.

Zgadzam się, ale też myślę sobie, że przyznanie się w twoim przypadku do depresji było i jest aktem wielkiej odwagi. Mogłaś zostać uznana za matkę dysfunkcyjną, a taka nie potrafi się zająć dziećmi. Nie bałaś się?

- Nie miałam wtedy nic do powiedzenia. Nie mogłam się do tego nie przyznać. Zaczęłam chodzić na terapię i faktycznie miałam z tego tytułu poważne problemy, o których nie będę mówić.

Nie chcę cię przypierać do muru - po prostu znam wiele takich sytuacji, że kiedy zaczyna się walczyć o dzieci, to w grę wchodzi każdy argument.

- Tak i kiedy kobieta przeżywa chorobę i jest jej ogólnie ciężko, jeszcze spada jej na głowę groźba utraty dzieci z tego powodu. Tak naprawdę niewiele z tych spraw kończy się faktycznym odebraniem dzieci. Ten argument ma na celu zmuszenie przeciwnika do pokory, tym niemniej strach jest. W sytuacji przechodzenia depresji, kiedy w ogóle sposób postrzegania świata jest bardzo negatywny, ciężko jest uwierzyć, że nic złego się nie stanie. Ciężko jest uwierzyć w siebie, że jest się wystarczająco dobrą matką, żeby dzieci zostały ze mną. Jak mają inni uwierzyć, że jestem dobrą matką, jeśli ja sama w to nie wierzę?

- Bardzo często kobiety, które tracą dzieci w takich sytuacjach, same je oddają. Nie chcą, żeby przechodziły przez wojnę, a mając zerowe poczucie własnej wartości, wychodzą z założenia, że może faktycznie tym dzieciom będzie lepiej gdzie indziej. Znam takie przypadki, kiedy kobieta wyszła z depresji i żałuje tej decyzji. Potem ciężko jest to odwróć. Dla mnie to kuriozalne, że takie sytuacje są wykorzystywane po to, żeby odebrać prawa rodzicielskie. Dlaczego choroba trzustki nie jest wykorzystywana jako dobry argument, żeby odebrać matce dziecko?

Bo to mamy oswojone. Z tym chodzi się do "zwykłego" lekarza.

- Znowu mamy stereotyp na temat depresji, że nie da się z nią żyć i dlatego ją ukrywamy. Nie pozwalamy sobie na słabości, bo słabość jest czymś nieakceptowalnym przez nasze społeczeństwo. Wolimy zrzucać je na wszystkie inne okoliczności przyrody, niż przyznać się do tego, że coś jest nie tak i trzeba pójść do psychologa, zacząć się leczyć, sięgnąć po pomoc, bo jak to będzie odebrane?

A jak długo ty dawałaś sobie radę udając, że nic się nie dzieje?

- Bardzo długo, bo zawsze byłam silna. Byłam silna jednocześnie będąc bardzo wrażliwa. Negowałam swoją naturę, bo tak zostałam wychowana, jak większość z nas. Mamy klasyczne powiedzenia: weź się w garść, jesteś silna, jesteś najlepsza z najlepszych, dasz radę. I ten kult wszystkiego "naj". Żeby mieć najlepsze, największe, najwspanialsze, najmodniejsze, najdroższe. Wpadamy w wir "naj" i takie staramy się być. Nie wiem, kiedy to się zaczęło, ale pamiętam taki czas, kiedy zbudowaliśmy dom, mieliśmy kilkuletniego syna i świetnie prosperującą firmę. Do szczytu szczęścia brakowało nam błękitnookiej córeczki i po jednym mieszkanku dla każdego z nich, żeby im zapewnić świetlaną przyszłość.

- Nie potrafiłam się tym wszystkim cieszyć. Zastanawiałam się dlaczego tak jest? Więcej - miałam ogromne wyrzuty sumienia. Mam wszystko, więc jestem po prostu rozbestwioną babą, która nie potrafi docenić tego, co ma. I znowu katowanie siebie, negowanie własnych uczuć, potrzeb i emocji, ponieważ zgodnie z kanonem tego, co powinno uszczęśliwiać człowieka - ja miałam wszystko. Więc dlaczego byłam nieszczęśliwa? Widać byłam jakąś wredną suką, która nie potrafi tego docenić.

- Poszłam na terapię, ale bardziej mi zależało na tym, żeby dostać jakąś pigułkę szczęścia i cieszyć się tym, co mam. Pigułki szczęścia nie dostałam, bo trafiłam do terapeuty, a on nie przepisuje leków. Wygrzebał w przeszłości, że to wina rodziców, więc miałam już kogo winić, zebrałam się szybko do kupy - jak to ja, i moje zadania domowe wykonywałam bardzo sumiennie. Pisałam wszystko, co terapeuta chciał, a nawet więcej. Pan był zadowolony, ja również. Terapia była krótka, konkretna, postawiła mnie na nogi, ale wszystko zaczęło wracać. Można coś przypudrować na krótką metę.

- Parę lat później urodził się syn z zespołem Downa, który wywrócił mój świat do góry nogami. Musiałam się zatrzymać i okazało się, że to, co do tej pory wydawało mi się najważniejsze na świecie jest kompletnie nieistotne. Nie muszę siedzieć w pracy 20 godzin na dobę, firma jakoś działała beze mnie, kiedy przez rok skupiłam się całkowicie na chorym dziecku. Moje podejście do życia pt. "naj" i perfekcjonizm wzięły górę i po krótkiej rozpaczy wzięłam się w garść i byłam przekonana, że poradzę sobie z zespołem Downa. Nie szkodzi, że setki tysięcy innych ludzi sobie nie poradziły - oni może nie, ale ja sobie poradzę. Wystarczy się zorganizować, znaleźć odpowiedni zestaw terapeutyczny.

- Wobec tego zamiast na jedną rehabilitację chodziłam na dwie. Wykorzystywałam wszystkie nowinki i wszystkie możliwości. Za dnia byli to lekarze rehabilitacji, a w nocy przekopywałam internet, więc spałam jeszcze mniej. Bardzo rygorystycznie podchodziłam do wszystkich wytycznych i przez jakiś czas to się sprawdzało. Moje dziecko rozwijało się zgodnie z kalendarzem, więc byłam przekonana, że pokonałam zespół Downa. Do pewnego czasu. Po sześciu latach okazało się, że muszę się przyznać do tego, że się nie udaje i że się tego nie da pokonać. W międzyczasie zaadoptowaliśmy córeczkę, bo zawsze marzyłam o adopcji. Adopcja jest dla mnie powołaniem, co realizuje się w dalszej mojej pracy, więc przyjęliśmy jeszcze tę trzymiesięczną córeczkę. Wiadomo, małe dziecko, duże wymagania - była zupełnie inna niż pozostałe dzieci, było ogromne zmęczenie i ogromne wymagania - moje do mnie samej. Byłam w stanie być silna do chwili, aż ciało się poddało i powiedziało: nie pojadę dłużej.

I nie pojechało.

- Ale dobrze się stało, bo gdyby nie to, nie wiem, gdzie bym w tej chwili była.

Byłabyś w tym wielkim domu zła, że wołasz syna na obiad, a on nie przychodzi, bo zwyczajnie cię nie słyszy.

- Tak, a każdy kto by do nas przyjeżdżał podziwiałby, jaki mamy wielki dom i jak na pewno jesteśmy szczęśliwi.

Dlaczego szczęście definiujemy przez przedmioty?

- Taki mamy stereotyp. Jak ktoś jest młody, bogaty, ładny ma dobrą pracę, to na pewno jest szczęśliwy. My sami też poddajemy się temu stereotypowi. I im jesteśmy bogatsi i bardziej zadbani to tym bardziej uważamy, że musimy wypełnić stereotyp, czyli udawać, że jesteśmy również szczęśliwi, nawet jeżeli nie jesteśmy.

- Rozmawiałam z koleżanką, która często nas odwiedzała i wspominała, kiedy była u nas na grillu. Byłam w ciąży z Krystianem i tak pięknie wyglądałam. Miałam opaskę na włosach w tym samym kolorze co tunika, wszystko idealnie zgrane, posiłki podane na czas, ale nieobecny wzrok, puste oczy. Lubię rozmawiać z ludźmi, którzy znają mnie kilka lat, jak postrzegali mnie wtedy, a jak mnie widzą teraz. Niektórzy widzieli, że to wszystko jest tak ładnie przyczesane i podane, ale w środku nie ma człowieka.

Czy wtedy mówili ci o tym?

- Wtedy nie.

Czyli tak naprawdę nie miałaś nikogo, kto by powiedział: "Słuchaj Agata, ślicznie wyglądasz, ale wydaje mi się, że coś jest nie tak"?

- Nie. Myślę też, że wtedy nie byłabym gotowa tego przyjąć, bo byłam święcie przekonana, że jest tak, jak być powinno. Wszystko bym wyparła. Na to musi być pewna gotowość.

Ale kiedy trafiłaś do szpitala, znalazłaś ludzi, którzy ci sprzyjali.

- Mam wrażenie, że w momencie, kiedy straciłam kontrolę nad swoim życiem, otworzył się jakiś kanał i na mojej drodze zaczęli pojawiać się ludzie, którzy mi służyli. Byłam otwarta na to, co te osoby mają mi do zaoferowania. Nie broniłam się przed tym. Nagle pojawiła się koleżanka sprzed 20 lat, która była przy mnie, nawet w najtrudniejszych chwilach, i do tej pory jesteśmy w bliskim kontakcie. Pojawiało się sporo osób i zupełnie nowych, i tych z przeszłości, które pogubiłam gdzieś po drodze. Na nich mogłam się oprzeć. Bardzo często odrzucamy pomoc i nie słyszymy dobrych rzeczy, które są o nas mówione, bo uważamy, że na to nie zasługujemy.

Ale też zdarza się, że jeśli jesteś kobietą sukcesu, która świetnie wygląda, to ludzie zwyczajnie nie pomyślą, że takiej pomocy potrzebujesz.

- To na pewno. Poza tym ludziom się wydaje, że mam wszystko, a bardzo często pod powierzchownością ukrywa się mała dziewczynka, która znakomicie gra swoją rolę. I doszła do takiego etapu, że nie wypada jej się przyznać, że coś jest nie tak.

Piszesz, że dla ciebie dużo gorszą rzeczą był rozwód, niż to, że urodziło ci się dziecko z niepełnosprawnością.

- Rozwód był najokrutniejszą rzeczą jaką przeszłam z bardzo wielu powodów. Po pierwsze to była moja decyzja, więc musiałam wziąć na siebie odpowiedzialność za wszystkie osoby, które w tym rozwodzie uczestniczyły, w tym moje dzieci. Musiałam dokonać wyboru pomiędzy dwoma złymi rzeczami. Bo złe było pozostać i udawać, że wszystko jest ok, czego nie byłam w stanie robić, choć przez jakiś czas próbowałam. I złe było odejście. Dobrego wyjścia nie było. Musiałam podjąć decyzję, która w tym momencie była lepsza dla mnie, czyli musiałam być egoistką.

- Jeden z najgorszych mitów to ten, że należy być razem dla dobra dzieci. To jest jedna z największych krzywd, jakie możemy im zrobić. Skazać je na życie w nieszczęśliwej rodzinie, gdzie dorośli ledwie się tolerują, a często się wręcz nienawidzą. Gdzie dzieci nie doświadczają miłości, czułości, empatii, nie uczą się, bo nie mają tego w domu. Uczą się relacji, w której wyrastają. I jeżeli nam się wydaje, że jesteśmy w stanie udawać przed dziećmi, że wszystko jest ok, to jesteśmy totalnymi hipokrytami. Dzieci doskonale wiedzą i wszystko widzą. Widzą, że mama się uśmiecha, a jak tata wchodzi do pokoju to ten uśmiech znika. Słyszą jak rodzice się kłócą. Czują, jakie są emocje między nimi. Dorastają w przekonaniu, że tak wygląda szczęśliwa rodzina i potem taką rodzinę tworzą dla siebie.

- Jeżeli żyjemy w przekonaniu, że pozostanie w nieszczęśliwym związku dla dobra dzieci spowoduje to, że dzięki temu kiedyś stworzą szczęśliwe rodziny, to jesteśmy w wielkim błędzie. Nie dajemy im szansy na to, by zobaczyły, jak wygląda dobra relacja. Skazujemy je, by widziały, jak wygląda zła. Mało tego: skazujemy je na to, by widziały jak wygląda zła twierdząc, że jest dobra. I to jest najgorsza rzecz pod słońcem.  




Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje