Zrób to sam

Dzieci są przeciążone. Mają za dużo rzeczy na głowie. Biedne takie. Trzeba im pomóc. We wszystkim. Tak niestety myśli większość rodziców. Dorosły spieszy na ratunek, już, teraz, natychmiast i nie zastanawia się, że czasem wystarczy poczekać, by dziecko zrobiło coś samo.

Jeśli matka sprząta za nastoletniego syna pokój, przygotowuje mu śniadanie, obiad i kolację, a wieczorem nastawia pranie, by miał czyste ubrania, to nie dziwię się, że młody człowiek będzie miał problemy. Czy uszczęśliwi dziewczynę, która będzie musiała za niego wszystko robić? Czy będzie potrafił żyć z kimś nie wykorzystując go? Trudno mi sobie to wyobrazić.

Reklama

Matki robią wszystko lepiej

Część z nas, matek, wpada w pułapkę perfekcjonizmu. Wieszamy pranie same, gotujemy same, odkurzamy same. Przez to odbieramy naszym dzieciom możliwość nauki zwykłych, podstawowych czynności, które każdy z nas powinien umieć wykonać. To samo dotyczy spraw związanych ze szkołą. Zdaję sobie sprawę, że część dzieci naprawdę potrzebuje wsparcia przy nauce i nie neguję tego. Gorzej z tymi, które wsparcia nie potrzebują, a je dostają. Skąd to wiem? Niestety z własnego doświadczenia.

Na własnym przykładzie 

Pierwsza klasa liceum. Chodzę na wszystkie kółka polonistyczne, bo lubię i język polski, i panią. Na jednej lekcji, prowadzonej wspólnie z klasą III C, deklaruję, że przygotuję na następne zajęcia referat o życiu i twórczości Juliusza Słowackiego. Mam na to tydzień. Gdzieś po drodze okazuje się, że mamy rodzinny wyjazd, potem nieproszonych gości i szereg niespodzianek, które przecież przydarzają się każdego dnia.

Siadam wieczorem, dzień przed wygłoszeniem referatu, nad zeszytem i książką. I wtedy moja mama, która jest polonistką, proponuje mi, że skoro jestem tak zmęczona, napisze referat za mnie. Dobrze mi! Myślę, że mam najlepszą rodzicielkę pod słońcem. Oddaję podręcznik i niemal biegnę w objęcia Morfeusza!

Rano pakuję plecak, wychodzę z domu, a w autobusie czytam, co tam ze Słowackim się działo. Wchodzę do szkoły i wspinam się na II piętro. Drzwi do klasy stoją otworem. Moja polonistka zaprasza mnie na środek, a ja dumie kroczę z plikiem kartek. Biorę głęboki oddech i w tym momencie zatrzymuje mnie nauczycielka. "Wiesz co - mówi - odłóż te kartki i mów z pamięci".

Wszystko, tylko nie małpia miłość

Co przeżyłam w tym momencie, wiem tylko ja. Bicie serca, nogi jak z waty, szum w uszach. Widzę nie tylko kilka osób z mojej klasy, ale też tych starszych z III C! Chciałam zniknąć. Niestety, ani ja nie byłam Alicją, ani sala czarną dziurą.

Na szczęście, wtedy też na własnej skórze przekonałam się, że ludzki mózg ma niesamowite właściwości. Przypomniałam sobie każdą rzecz, jaką wiedziałam o Słowackim. A wiedzę takową nabyłam jeszcze w szkole podstawowej.

Wiem, że oszustwo nie popłaca i zawsze obróci się przeciwko nam.

Bezwarunkowa miłość jest dobra, małpia - niekoniecznie. Wychowujemy dzieci po to, by pewnego dnia mogły od nas odejść szczęśliwe i samodzielne. I powinniśmy wyposażyć je w niezbędne do życia umiejętności.  

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: wychowanie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje