Nie ma perfekcyjnych dzieci i rodziców

Współcześni rodzice żyją w czasach nacechowanych swego rodzaju kultem dziecka. Kiedyś maluchy "głosu nie miały", dziś - są bardzo często stawiane na piedestale, a ich potrzeby są dla rodziców priorytetowe. Pamiętajmy, że nie ma rodziców perfekcyjnych i matek bez skazy. Bądźmy wystarczająco dobrzy, a przede wszystkim bądźmy blisko naszych dzieci - mówią Monika Janiszewska i Małgorzata Bojko, autorki książki "(Nie)Grzeczni?".

Adam Wieczorek, Interia: Czy były panie grzecznymi dziećmi?

Reklama

Monika Janiszewska: - Wszystko zależy od tego, jaką miarą zmierzymy grzeczność/niegrzeczność. Z pewnością nie należałam do dzieci temperamentnych, których wszędzie pełno. Takich, które w jednej sekundzie skaczą po kanapie, a w drugiej wspinają się na szafę. Jeśli jednak ktoś uznaje za niegrzeczne machanie nogami pod stołem, wycieranie brudnych rąk o ubranie, podsłuchiwanie rozmów dorosłych, bazgrolenie długopisem po ścianach czy rwanie zeszytów starszego brata na strzępy - to owszem, byłam niegrzecznym dzieckiem (śmiech). Miałam to szczęście, że moi rodzice traktowali tego rodzaju zachowania za naturalne wybryki i "nie częstowali" karami tudzież klapsami, które w latach 80. XX wieku były raczej na porządku dziennym.

Małgorzata Bajko: - Podobno bardzo (śmiech), ale pamiętam, jak pomalowałam kredą pół domu babci - miał 100 lat, był drewniany - i kiedy babcia wróciła, to nie była w takiej euforii jak ja, kiedy to robiłam. Pamiętam też, jak ścigałam się z bratem, kto pierwszy naskarży na drugiego rodzicom. Nieważne, że ja też potrafiłam zacząć przezywanki. Tylko czy moje zachowania wynikały z niegrzeczności? Pamiętam do dziś emocje, kiedy zamieniłam się w kredową artystkę. Do głowy by mi nie przyszło, że to będzie musiał ktoś zmyć, a tym bardziej, że nie będzie to wcale łatwe, bo kreda powchodziła w nierówności drewna.

A gdyby pań dzieci postąpiły w podobny sposób? Jak sobie poradzić w takich sytuacjach?

MJ: - Z pewnością wrzaski i potrząsanie dzieckiem tu nie pomogą, choć rozumiem, że sporej części rodziców brudzenie domu czy też niszczenie domowych sprzętów znacząco podnosi ciśnienie. Odczekajmy kilka chwil, uspokójmy się nieco i wyjaśnijmy dziecku - być może po raz setny - że kredy nie używamy w domu, tylko na dworze. Informujemy naszego małego artystę, że teraz zabieramy się do zmywania kredy, wręczamy do ręki mokrą szmatkę i wspólnie z dzieckiem pozbądźmy się kolorowych esów floresów.

- Części dzieci ścieranie da sporą frajdę, u innych - żal wywołany zmyciem ich dzieła wywoła potok łez i lawinę protestów. Bądźmy z dzieckiem w takiej chwili, pokażmy, że rozumiemy jego frustrację, przytulmy. Dobrym wyjściem jest zabrać wtedy malucha, choć na chwilę, na dwór, by mógł na placu zabaw, chodniku przed domem czy pobliskim boisku dać wyraz swojej ekspresji.  

Czy pani dzieci są grzeczne?

MJ: - Córcia, dziś sześcioletnia, odziedziczyła temperament po mamusi. Jest zdecydowanie spokojnym dzieckiem. To wrażliwa, artystyczna dusza. Ominęły mnie napady szału dwulatka, rzucanie się na podłogę w sklepie, bo mama nie chce kupić lalki i zażarte bitwy w piaskownicy o łopatkę. Co oczywiście nie oznacza, że Julia chodzi całymi dniami ze świetlistą aureolą nad głową. Uwielbia na przykład postawić na swoim, ostatnie słowo musi należeć do niej. Podpiera się przy tym coraz bardziej celną argumentacją, którą totalnie mnie rozbraja.

- Łapie mnie za słówka, i wyłapuje strzępki zdań, wypowiedzianych kilka tygodni wcześniej, które przemawiają na jej korzyść. Nie pozwoliłam na coś? Tak, ale też nie zabroniłam. Nie była czegoś pewna? Owszem, ale podejrzewała, że tak może być. Bo po pierwsze to, po drugie - tamto, a po trzecie... Do tego mamy typowy dziecięcy pakiet: chaos w pokoju, który jakoś sam się nie chce sprzątnąć, choć sam "zrobił się", grymaszenie przy jedzeniu, nastawienie na własne potrzeby, które muszą być zaspokojone już, zaraz, natychmiast.

- Synek z kolei, który ma dziesięć miesięcy, to zdecydowanie charakterny facet, ma zadatki na niezłego gagatka. W myślach widzę już połajanki od pań przedszkolanek, że po raz kolejny ugryzł Zosię, a Jankowi zabrał klocki. Ma za to niesamowite poczucie humoru, czym - mam nadzieję - będzie potrafił rozbroić otoczenie.

MB: - Myślę, że niektórzy mogliby ocenić niektóre zachowania moich synów jako te z grupy "niegrzecznych". Ale ja na tym etapie życia i posiadanej wiedzy widzę je inaczej. Kiedy trzylatek rzuca się zalany łzami, bo musi poczekać na swoją kolej, żeby rzucić kostką w grze pozwalam mu się wypłakać, nie krytykując i nie mówiąc, że jest niegrzecznym chłopcem. Kiedy straszy syn wejdzie w konflikt z kolegą, zawsze rozmawiam z nim, żeby zrozumieć sytuację, motywy chłopaków i pomagam - jeśli syn tego oczekuje - poszukać mu rozwiązań danej sytuacji. To, co zawsze staram się robić, to odnosić się do sytuacji, a nie do "charakteru" dziecka. To zachowanie lub sytuacja mogły być niedobre. Nigdy nie mówię, że ty jesteś zły, niegrzeczny.

W sytuacjach, gdy dziecko pokazuje swój charakter i niezależność, pojawia się masa doradców, od przypadkowych przechodniów, po tabuny cioć i babć. Można je jakoś taktownie utemperować?

MJ: - Tacy uliczni czy marketowi "eksperci" to prawdziwa plaga. Nie dość, że nie pomagają, to jeszcze dolewają oliwy do ognia, bo rodzicowi po serii uszczypliwych sugestii krew zaczyna jeszcze szybciej krążyć. Moja rada: maksymalnie odciąć się od takich osób, nie wdawać w polemikę i skupić na dziecku. Jakakolwiek dyskusja to strata naszego czasu i energii, bo takie osoby pozostaną głuche na nasze argumenty. Jeśli chodzi o członków rodziny, tu czeka nas większe wyzwanie. Trudno bowiem udawać za każdym razem, że nie "tykają" nas uwagi typu: "Za moich czasów, to dzieci...", "Kiedyś nie do pomyślenia było...", "Nie rozumiem, jak możesz...". Warto przeprowadzić z taką babcią, ciocią czy teściową szczerą rozmowę, najlepiej nie w obecności dziecka.

- Powiedzmy, że odbieramy jej komentarze jako atak na nasze rodzicielskie kompetencje, umniejszanie starań i trudu wkładanego w codzienną opiekę nad naszą pociechą. Podkreślamy, że metody pielęgnacji dzieci bardzo się zmieniły na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat, podobnie jak modele wychowawcze. Powiedzmy, że kierujemy się w swoich działaniach dostępną wiedzą, ale też i rodzicielską intuicją, którą prosimy uszanować.

Czy mimo wiedzy i wysiłków wychodzą panie czasem z siebie?

MB: - Nie będę udawać, że to o czym napisałam wyżej jest łatwe. Bo nie jest. Kiedy dwulatek płacze wniebogłosy, bo nie chce założyć bucików do szkoły, a z domu należy wyjść już - w tej chwili, pot cieknie mi po czole, moja kurtka już na plecach, starszy syn zapomniał spakować plecaka i oczekuje, że teraz ja to zrobię, ja właśnie sobie przypominam, że nie wiem, gdzie położyłam drugie śniadanie i klucze, to w takich chwilach trudno zachować spokój.

- I tak, zdarzyło mi się w takiej chwili zezłościć lub krzyknąć na dzieci z mojej bezradności. Najgorsze jest to, że ani od tego nie znajduję kluczy, ani nie spakuje się plecak, ani tym bardziej mały nie przestaje płakać. Nam przy porannych wyjściach z domu bardzo pomogły tablice motywacyjne. Zbieramy buźki za każde wyjście, dzieci i ja też. Sumujemy je i mamy wyznaczone nagrody na każdy weekend (kino, gry, rowery). Dzieci mają motywacje, żebym ja też dostawała buźki, bo moje liczą się do całości. To też ich bardzo mobilizuje.

MJ: - Skłamałabym mówiąc, że nigdy nie puszczają mi nerwy. Jestem tylko człowiekiem, który miewa lepsze i gorsze dni. Jeśli spodziewam się gości, obiad mi się przypala, synek rozsypuje w kuchni paczkę ryżu, a córa krzyczy po raz setny "Mamooo, chodź, bo mi się gra zacięła!", to mam ochotę włączyć hamulec awaryjny, zatrzymać Ziemię i oznajmić wszystkim, że wysiadam. Podobnie jak wtedy, gdy po naprawdę męczącym dniu zastaję pokój zabaw zawalony ścinkami papieru, koralikami i cekinami, bo właśnie powstaje praca plastyczna życia.

- Sposób na wyciszenie nerwów? Nie ma tu uniwersalnej zasady. Każdy musi wypracować własną metodę. Mnie ratuje kolejna kostka czekolady i wyjście na chwilę do innego pomieszczenia. A czasem po prostu rozbrajająca mina córki, która "naprawdę, ostatni już raz chce...", "naprawdę, bardzo prosi o...", "naprawdę, więcej już nie będzie...". To, że puściły nam nerwy, nie oznacza końca świata.

- Nakrzyczeliśmy na dziecko? Wyprowadziliśmy je z pokoju szarpiąc za rękę? Użyliśmy przy maluchu niecenzuralnych słów? Zamiast się samobiczować i pielęgnować w duchu wyrzuty sumienia, przyznajmy się przed dzieckiem do błędu. Powiedzmy, że w gniewie zrobiliśmy rzeczy, których żałujemy, i za które je przepraszamy. Lepiej, żeby dziecko wiedziało, że rodzic nie jest idealny, ale potrafi przyznać się do winy, niż miało obraz rodzica wykutego z marmuru, który ma prawo zachowywać się podle z samego faktu, że jest rodzicem, i zawsze ma rację; którego - rzekomo - ono samo prowokuje do paskudnych czynów.

A jak pogodzić stawianie granic z wysłuchaniem potrzeb dzieci?

MJ: - Stawianie granic, a bycie blisko dziecka i wsłuchiwanie się w jego potrzeby to zupełnie dwie różne sprawy, które nie wykluczają się wzajemnie. Weźmy przykładowo utrzymywanie czystości w pokoju dziecka. Można wprowadzić zasadę, że na koniec dnia nasza pociecha odkłada zabawki, którymi się bawiła na ich miejsce. Bądźmy jednak ludzcy i zróbmy wyłom z tej reguły, jeśli dziecko chce kontynuować kolejnego dnia rozpoczętą wieczorem zabawę. Skoro napracowało się nad jej koncepcją i rozłożyło - dajmy na to - lalki, ubranka i różne akcesoria, to nie wrzucajmy ich do pudła pod nieobecność malucha, który właśnie je kolację lub myje zęby i nie ma szansy, aby opowiedzieć nam, jak ważna dla niego jest ta zabawa.

- Często rodzice załamują ręce, kiedy po całym dniu krzątaniny i sprzątania, zastają pokój dziecka zasłany zabawkami, zwłaszcza, że to często wygląda na przypadkowo porozrzucane przedmioty. W rzeczywistości, gdyby porozmawiać z dzieckiem, okaże się, że trzy pudełka porozkładanych na dywanie kredek, fantastycznie odwzorowują rzeczywistość. Tworzą na przykład kredkowe rodziny, gdzie są wyodrębnieni dziadkowie, rodzice i dzieci. Cienkie długie kredki jadą do pracy w aucie zrobionym z kapcia, grube świecówki - jako dzieci - idą do szkoły, zaś maciupeńkie połamane kredki - to maluchy ze żłobka. Prawda, że majstersztyk? Nie dowiemy się o tym jednak, robiąc dziką awanturę o bałagan i dając szlaban na bajki.

- Stawiajmy granice, które dotykają kwestii kluczowych. Stop dla agresji względem rówieśników i dorosłych. Stop dla kłamstwa. Stop dla obelżywych słów. Stop dla podkradania drobnych z portfela rodzica. Stop dla grzebania w rzeczach osobistych drugiej osoby bez jej zgody. Stop dla zachowań łamiących reguły bezpieczeństwa etc. Nie pozbawiajmy jednak naszych pociech ich naturalnej ciekawości świata, choćby kojarzyła się nam ona ze wścibstwem i wtykaniem nosa w sprawy dorosłych.

- Nie karćmy dzieci za ich naturalną witalność i energię. One muszą się gdzieś wyszaleć. Jeśli nie w domu i w przedszkolu, to choć na placu zabaw. Niech chociaż tam nie słyszą od nas, że mają być cicho, że robią za dużo hałasu, że mogą się bawić bez tego całego biegania jak opętani i skakania. Pozwólmy im wyrażać siebie. Pięciolatka ma prawo nie znosić noszenia sukienek i ma też prawo do noszenia ulubionej fryzury. Takie przykłady można mnożyć w nieskończoność.

- Jeszcze jedna ważna sprawa - nie wymagajmy od dzieci więcej, niż od siebie samych. Dlaczego mały Jasio ma podzielić się z kolegą swoją ulubioną, nową koparką? Czy jego tatuś pożycza sąsiadowi pachnącą jeszcze salonem Hondę? Czy mamy prawo wymagać od naszej pociechy nienagannego porządku, podczas gdy na naszym biurku piętrzą się hałdy dokumentów, kubków po wypitej herbacie i gazet? Czy możemy oczekiwać, że synek podziękuje cioci wylewnie za zupełnie nietrafiony prezent urodzinowy podczas, gdy sami narzekamy w obecności dziecka na teściów, którzy obdarowali nas na święta kolejnym bublem?

Czy rodzice mogą sobie pozwolić na popełnianie błędów?

MJ: - Moim zdaniem jak najbardziej. Nie jesteśmy wszak wszechwiedzący i nie potrafimy przewidzieć wszelkich konsekwencji każdej interakcji z dzieckiem. W jednych kwestiach okażemy się zbyt surowi, w innych - nazbyt pobłażliwi. To normalne. Ważne by nie stosować na sztywno "złotych wychowawczych myśli", które przeczytamy w książkach. Każde dziecko jest inne, do każdego pasuje inny klucz. To my sami znamy naszego malca najlepiej, i często to intuicja podpowie nam najtrafniejsze rozwiązanie.

- Mamy prawo popełniać błędy, tym bardziej, że pokolenie dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestoparolatków testuje dopiero model wychowawczy oparty na rzeczywistej bliskości z dzieckiem i poszanowaniu jego odrębności. Coraz więcej rodziców zdaje sobie sprawę, że ta mała istota myśli, czuje i marzy, jak każdy dorosły. To podejście wymaga jednak często radykalnego odcięcia się od "pakietu", w jaki wyposażyli nas nasi rodzice. Od powtarzanych niczym mantra: "Dzieci i ryby głosu nie mają" oraz "Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie".

MB: - Kiedy słyszę o rodzicu, który nie popełnia błędów i zawsze wie co zrobić, jak reagować, nie złości się, to zapala mi się czerwona lampka.

- Poza tym hasło "dobry rodzic", to trochę tak jak z "niegrzecznością". Nie do końca dla wszystkich oznacza to samo. Dla jednych dobry rodzic to taki, który po narodzinach dziecka zwolni się z pracy, żeby być przy dziecku i codziennie z zegarkiem w ręku będzie czytał 30 min bajek i gotował ekozupy. Dla innych to będzie taki, który nie przeczyta żadnej bajki, ale dlatego, że będzie harował po 12 godzin w pracy, żeby dziecko miało co jeść i na pewno nie ekozupę z najlepszych wiejskich produktów. Po przyjściu z pracy nie będzie miał siły na zabawę i bajki. I jeden i drugi jest najlepszym rodzicem dla swojego dziecka!

- Mamy ostatnio wielką tendencję do oceniania siebie nawzajem. Szczególnie robią to matki względem innych matek. Codziennie powstają nowe fora parentingowe. Są kopalnią wiedzy, ale także hejtu. Są pewnego rodzaju sądem na innych matkach. Kobiety oceniają i obwiniają siebie nawzajem, ale także siebie same. Jestem złą matką - często słyszę to w gabinecie. Za mało poświęcam czasu, uwagi, krzyczę, karzę. Nie widzą, ile dobrego robią. Kobiety się samobiczują. Dostępna wiedza o rozwoju, o wpływie różnych czynników na życie dziecka jest po to, aby z niej czerpać, a nie po to, żeby biczować się, bo tego nie robię.

- Kochajmy nasze dzieci i okazujmy im to. Popełniajmy błędy i przyznawajmy się do nich, naprawiajmy je. Wtedy nasze dzieci będą potrafiły kochać i szukać rozwiązań, kiedy same popełnią błąd. Zarówno dzieci i rodzice popełniają - i powinni popełniać - błędy. Bo to jest życie. Myślę, że najważniejsza jest miłość i szacunek dla dziecka. Mogą być wdrażane różne metody wychowawcze, różne teorie psychologiczne. Ale na nic się zdadzą jeśli nie będzie uważności na dziecko, jeśli nie będzie czuło, że jest kochane. Tak po prostu.

Dlaczego się samobiczują? Skąd się biorą takie zachowania? Czy współcześni rodzice nie wymagają, aby za wiele też od siebie samych?

MJ: - Współcześni rodzice żyją w czasach nacechowanych swego rodzaju kultem dziecka. Kiedyś maluchy "głosu nie miały", dziś - są bardzo często stawiane na piedestale, a ich potrzeby są dla rodziców priorytetowe. Wielu rodziców myśli mniej więcej w ten sposób: skoro moje dziecko jest dla mnie tak ważne, to muszę mu dać wszystko co najlepsze, muszę być rodzicem idealnym. Jajka? Wyłącznie z ekologicznego gospodarstwa. Parówki? W życiu nie podadzą tego świństwa. Zajęcia rozwijające pasje? Najlepiej od maleńkości. Szkoła? Prywatna i najbardziej topowa w mieście. Czas spędzony z dzieckiem? Całodobowo. Czytanie bajek? Po minimum 30 minut dziennie. I tak można wymieniać w nieskończoność. Tylko który rodzic takim założeniom podoła? Doba ma 24 godziny i nie jest z gumy. Nie zawsze uda nam się poczytać tak długo.

- A jeśli dziecko pokocha parówki miłością bezgraniczną? Czy wepchniemy mu zamiast tego zdrową rybkę i szpinak? A gdy nie będzie lubiło baletu, lekcji gry na pianinie i nauki angielskiego? Pakiet idealnego rodzica rozsypie się jak domek z kart i wtedy zacznie się samobiczowanie: jaka to ze mnie beznadziejna matka i lichy ojciec. Bo chciałam, ale nie zdążyłam; bo miałam dać, ale zapomniałam; bo obiecałam, ale sił nie miałam... I tak w kółko. Pamiętajmy, że nie ma rodziców perfekcyjnych i matek bez skazy. I też nie o to w tym wszystkim chodzi.  Bądźmy wystarczająco dobrzy, a przede wszystkim bądźmy blisko naszych dzieci. Tylko tyle i aż tyle.     

Wróćmy jeszcze na chwilę do macierzyństwa. Czy były panie przygotowane na niespodzianki, jakie ono przyniosło?

MJ: - Macierzyństwo to jedno wielkie pasmo niespodzianek i niesamowita przygoda. Zaskoczyło mnie z pewnością - i nadal zaskakuje - wyczulenie dzieci na emocje rodzica. Jeśli jesteśmy poddenerwowani, smutni czy roztrzęsieni, nasz malec błyskawicznie to wyczuje. Co więcej, nasz nastrój udzieli mu się. Co jeszcze? Dziecko zdecydowanie więcej rozumie, niż nam się to wydaje. To bardzo bystry obserwator, który składa w całość to co mówimy, w jaki sposób to mówimy - intonacja, mimika, gestykulacja - odnotowuje czy w danej sytuacji zachowujemy się tak samo czy też może zgoła inaczej niż poprzednim razem.

- Poziom abstrakcji i sposób widzenia świata jest skrajnie różny od dorosłego, ale już za wyciąganie wniosków i kojarzenie faktów przyznałabym kilkulatkom złoty medal. To także mistrzowie wyciągania z zakamarków pamięci, co też mama powiedziała kiedyś do taty na temat x, zwłaszcza jeśli ów temat jest w jakikolwiek sposób powiązany z ich aktualnym "chciejstwem". To również mistrzowie przytaczania "domowych cytatów" podczas rodzinnych zjazdów, po których albo bolą wszystkich brzuchy ze śmiechu, albo... pieką ze wstydu policzki.

MB: - Myślę, że największym odkryciem dla mnie byłam i jestem ja sama w roli matki. To ile potrafię wytrzymać fizycznie, psychicznie, a gdzie są moje granice. Byłam przygotowana na choroby wieku dziecięcego, ale nie byłam przygotowana na to, że przez jedną z nich będę w wielkim strachu - największym w moim życiu - patrzeć, jak lekarze ratują życie mojemu dziecku. Byłam przygotowana na nieprzespane noce, ale nie byłam przygotowana, że ze zmęczenia będę zasypiać na dywanie bawiąc się z dzieckiem.

- Moje dzieci i ich rozwój, i nasze wspólne życie, to także jedna wielka niespodzianka. Każde z moich dzieci ma swoją własną linię życia, i choć mieszkamy razem i łączą nas więzy krwi, to każde z nich jest tak bardzo różne, a w wielu aspektach tak bardzo podobne. To jest dla mnie niesamowite doświadczanie.


Monika Janiszewska, Małgorzata Bajko - (NIE)GRZECZNI?

Stron: 248

Wydawnictwo Sensus

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje