Nic nie zmieni się samo

Czekanie, że coś się samo zmieni, że dziecko z tego wyrośnie, nie jest dobre. Jedne problemy zamieniają się na inne, za chwilę pięcioletni Jasiu stanie się 25-letnim Janem – przekonuje psycholog Michał Kędzierski. By pomóc rodzinom, z którymi pracuje, zamiast przyjmować klientów w swoim gabinecie wprowadza się do nich do domu.

Monika Szubrycht, Interia.pl: Co pan widzi mieszkając przez tydzień z rodziną?  

Reklama

Michał Kędzierski: Moja praca jest nietypowa. Wprowadzam się do mojego klienta, co pozwala mi zaobserwować cały problem, który występuje w relacji między dzieckiem a rodzicem, czy rodzicami. Nie mógłbym tego zrobić - ja czy jakikolwiek inny psycholog -gdyby dziecko było przyprowadzane do gabinetu raz w tygodniu, na godzinę.

- Na miejscu mam możliwość zaobserwowania samodzielnie istoty problemu. To jest praca, która opiera się w dużej mierze na niuansach, wydawałoby się błahostkach, które zebrane razem powodują, że coś w rodzinie nie gra. Nie ma harmonijnego życia. Rodzice z dzieckiem zamiast cieszyć się sobą, często skaczą sobie do gardeł i nie potrafią się skomunikować.  

- Popełniają drobne błędy, które przekładają się na negatywne efekty. Kiedy mieszkam z rodziną jestem w stanie te błędy wyłapać i prowadząc rodziców praktycznie za rękę, krok po kroku, powiedzieć im, co muszą zrobić, żeby sytuacja się zmieniła.  

Sytuacja, kiedy mieszka pan z obcymi ludźmi jest jednak sztuczna. Nie boi się pan, że rodzice przed nieznajomym udają pewne rzeczy?  

- Nie boję się, że udają. Po pierwsze tłumaczę, że wszystko, co uda im się ukryć, pracuje na ich niekorzyść. Po drugie: doświadczenie uczy mnie, że po początkowych próbach pokazania się z lepszej strony, zarówno rodzice, jak i dziecko, przestają udawać. To następuje naprawdę szybko, wystarczy parę godzin. Moi klienci obawiają się często jednej rzeczy i pytają: "A co jak przy panu dziecko będzie cały czas grzeczne?". W praktyce nigdy się to nie zdarzyło.  

Co najczęściej nie gra w rodzinie?  

- Moim zdaniem jest to brak wiedzy. Niestety, w szkole nie uczą nas, jak powinno się wychowywać dzieci. Tymczasem większość ludzi prędzej czy później dorobi się potomstwa, więc moim zdaniem jest to podstawowa wiedza. Rodzice mimo najszczerszych starań - bo osoby z którymi pracuję kochają swoje dzieci, starają się, żyły sobie dla nich wypruwają - nie radzą sobie. Dziecko zachowuje się w taki sposób, że mimo całej miłości do niego, dorośli mają dość. Jedni wpadają w depresję, inni mają ochotę tego malca "zamordować", ale krótko mówiąc - coś nie gra. Tłumaczę, jakie błędy popełnili i dlaczego takie sytuacje się pojawiają.  

O jakie konkretnie sytuacje chodzi?  

- Sześcioletni Karolek chcę nową zabawkę, albo żeby tata czy mama pobawili się z nim w chowanego. Raz, drugi, trzeci przyjdzie grzecznie i o to poprosi. Czasami mu się uda, czasami nie. Tymczasem nasz Karolek ma gorszy dzień, źle się czuje, boli go głowa, jest rozdrażniony, chce czegoś. Rodzice odmawiają, bo akurat są zajęci i on zaczyna płakać, tupać nogą, demonstrować lekką histerię. W tym momencie rodzice rzucają wszystko, choć sekundę wcześniej zadeklarowali, że jest to niemożliwe. Zaczynają koło Karolka skakać i on dostaje to, czego chciał. W ten sposób dorośli zaczęli go uczyć, że takie zachowanie jest bardzo skuteczne. Chłopczyk zaczyna więc specjalnie odgrywać taką histerię, żeby dostać to, czego chce. Jest jeszcze za mały, żeby zrozumieć, że to jest coś złego, że w ten sposób krzywdzi rodziców. Dziecko nie rozumie tego, bo jest w takim momencie rozwojowym, że nie może w empatyczny sposób wejść w buty drugiego człowieka. Potrafi patrzeć tylko ze swojej perspektywy, a jej jedyną miarą jest skuteczność.

-  W ten sposób rodzice mogą uczyć dziecko pewnych zachowań, robiąc to nieświadomie. Te zachowanie nie biorą się z kosmosu. Rodzicom wydaje się, że ich syn czy córeczka mają wybuchowy charakter. Jest jakaś sytuacja i wszyscy w domu mają już siebie dość. Gdy przyjeżdżam, często widzę, że atmosfera jest bardzo napięta. Tłumaczę im różne niuanse, jak można zmienić rzeczywistość, żeby było dobrze. A to jest możliwe. W ciągu krótkiego czasu da się diametralnie tę sytuację odmienić.  

Stwierdzenie "jeśli chcesz zmiany, zacznij od siebie", sprawdza się w wychowywaniu dzieci?  

- Tak, oczywiście, jak najbardziej. Nie jest tak, że przyjeżdżam, poczaruję dziecko i z łobuza zamienię w aniołka. Tak naprawdę prowadzę rodzica za rękę, uczę krok po kroku, jak wdrożyć pewne rzeczy. Nie wystarczy dać kilku wskazówek "a, b, c, d", bo to często są niuanse. "Zrób to czy zrób tamto" nie będzie działać. Często jestem potrzebny, żeby stać z boku i tłumaczyć szczegóły, które można trochę lepiej wykonać. To jest praca z rodzicem. Daję mu wiedzę, jak jego zachowanie wpływa na zachowanie dziecka, jakie są alternatywy i poprzez taką edukację, jeśli rodzic współpracuje, jesteśmy w stanie naprawdę szybko doprowadzić do wielkiej zmiany.  

Tata, mama, córka, syn to naczynia połączone...  

- Dokładnie tak. To jest klucz do sukcesu - nie pojedyncze sytuacje, kiedy coś mogło umknąć i coś o wiele ważniejszego nie zostało dostrzeżone. Ja po prostu fizycznie dużo czasu spędzam z rodziną, jestem w stanie wyłapać drobne kwestie i poukładać w całość. Daję rozwiązanie na miarę i na potrzeby danej rodziny.  

Czy ma pan informacje zwrotne od rodzin, którym pan pomógł? Czy monitoruje pan ich rzeczywistość jeszcze po swojej interwencji?  

- Tak, mam informacje zwrotne. Często dzwonię i pytam o to klientów. Po roku, półtorej efekty nadal się utrzymują w co najmniej 90 procentach. Raz się zdarzyło, że musiałem na dwa dni wrócić do rodziny zrobić pewne poprawki. Po nich wszystko wróciło znowu do normy.  

Spędza pan czas z rodziną, tymczasem w Polsce jest taki model terapii, że zostawia się dziecko u psychologa i w tym czasie idzie na zakupy. Psycholog ma naprawić dziecko, z którym coś jest nie tak, zamiast zająć się bliskimi relacjami. Jak pan wpadł na pomysł, żeby wejść w środowisko rodziny, a nie zostać w gabinecie? 

- Jeszcze będąc studentem psychologii, podczas praktyk zauważyłem, że lubię pracować z dziećmi. Sprawia mi to satysfakcję, dobrze się z nimi dogaduję. Zacząłem się zastanawiać - co dalej? Pomyślałem, że chciałbym pracować z dziećmi i pomagać ich rodzicom. Wielu rodziców mówiło mi, że mają problemy wychowawcze, byli u jednego, drugiego, trzeciego psychologa, ale nikt im nie pomógł. Jest dramat, nie ma u kogo szukać pomocy. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego to nie działa?

- Słyszałem o wielu przypadkach nieskutecznych interwencji. Idąc tym tropem zacząłem myśleć, jak ja bym to zrobił, żeby było idealnie. Doszedłem do wniosku, że cały problem jest w tym, że rodzic przekazuje, jak to widzi swoimi oczami, a nie dostrzega rzeczy najważniejszych, bo nie jest przeszkolony w tym kierunku. Siedzi w środku, ma po prostu inne spojrzenie. Doszedłem do wniosku, że trzeba samemu przyjrzeć się, jak działa rodzina. Dlaczego nie spróbować, jeśli to ma być skuteczne, jeśli są osoby, które tego typu pomocy potrzebują? Co w tym złego? Kiedy założyłem stronę internetową, zobaczyłem program "Super niania". Choć format "Super niani" był dużo starszy niż mój pomysł, zapoznałem się z nim dopiero po fakcie. To mi dało jeszcze większą motywację do działania. Ktoś robi coś podobnego z sukcesem. Zacząłem i udało się. To jest po prostu skuteczne.  

Jak wyglądają szczegóły pana pracy?  

- Przyjeżdżam do rodziny albo na 6 dni, albo na weekend. Najpierw się przyglądam, później tłumaczę rodzicom, jakie błędy popełniają i z czego one wynikają, na czym polegają metody, które będziemy stosować. Później, kiedy dziecko zaczyna - mówiąc kolokwialnie - broić, biorę sprawy w swoje ręce. Uspokajam je, modeluję zachowania rodziców i kiedy sytuacja się powtarza, mówię na bieżąco: "to jest dobre, ale proszę zwrócić uwagę na to czy na tamto".  

Czy zdarzyło się, że rodzic miał tak zwany mechanizm wyparcia i kiedy dowiadywał się, że robi coś, źle powiedział: "zaraz, zaraz to może ja zatrudniłem złego psychologa? Moje dziecko ma problem - nie ja". Dorośli nie chcą przyznawać się do błędów, szczególnie w tak delikatnej materii, jak wychowanie własnego potomka. Każdemu wydaje się, że będzie najlepszym rodzicem. Wystarczy kochać.  

- Trzeba uważać ze słowem "wina", choć czasami samo się ciśnie na usta. Natomiast nie należy tego rozpatrywać w kategorii winy, bo mój klient to nie jest zły rodzic, któremu nie zależy na dziecku. To są rodzice, którzy kochają, chcą jak najlepiej dla dziecka, tylko nie wiedzą, jak to zrobić. Nie zdobyli w odpowiednim czasie odpowiedniej wiedzy, niekiedy mieli trochę pecha i te sprawy wymknęły się spod kontroli. Później nakręca się spirala - jest coraz gorzej. Nie jest tak, że oni nie chcieli, nie starali się. Moją rolą jest wytłumaczyć, jak to działa i nauczyć ich robić to dobrze. Forma mojej pracy jest bardzo nietypowa. Myślę, że jestem jedynym w Polsce psychologiem, który tak pracuje. Czasami jeżdżę też za granicę, jeśli jest taka potrzeba. To jest coś nowego, więc rozumiem wyobrażenia dorosłych i opory przed pewnymi rzeczami. Ale jestem w stanie namówić rodziców, żeby dali mi szansę, żeby mi zaufali. Później zmiany widać bardzo szybko. Jak tylko zobaczą pierwsze, drobne rezultaty, już jest z górki.  

Myśli pan, że za jakiś czas więcej psychologów będzie tak pracować? Wejdzie w środowisko rodzinne? 

- Nie zastanawiałem się nad tym, jest to jak najbardziej możliwe, bo widzę po sobie, że to po prostu działa. Często mam do czynienia z rodzicami, którym wydaje się, że już próbowali wszystkiego. Zjedli nerwy doszczętnie i możliwość wybrnięcia z trudnej sytuacji jest dla nich naprawdę cenna.  

Nie każdego jednak będzie stać na prywatnego terapeutę, który przyjedzie do domu. Skąd rodzice mają się dowiedzieć, jak wychować dziecko? Gdzie mogę szukać wskazówek? W szkole rodzenia uczą się, jak malucha przebierać.  

- Żyjemy we wspaniałych czasach, gdzie praktycznie każdą wiedzę da się zdobyć, ale trzeba też uważać, by nie natrafić na tę kłamliwą. Ktoś coś pisze, ale nigdy nie był praktykiem. Oczywiście, zachęcam do zajrzenia na moją stronę internetową, publikuję tam dużo treści i do oglądania mojego kanału na YouTube czy fanpage na Facebooku. To wszystko można znaleźć pod hasłem "Akademia Wychowania". Zabieram się właśnie za pisanie książki, która pewnie ukaże się za rok.

- Jeśli szukamy poradników tego typu, należy sprawdzić autora, wyrobić sobie własne zdanie czytając jedną, drugą, trzecią książkę i stosować techniki, które człowiek poznał, bo od samego czytania się nic nie zmieni. Należy działać. Jeśli miałbym doradzić - czekanie, że coś się samo zmieni, że dziecko z tego wyrośnie, nie jest dobre. Jedne problemy zamieniają się na inne, za chwilę pięcioletni Jasiu stanie się 25-letnim Janem. Pewnie nie położy się na podłodze w hipermarkecie i nie będzie próbował czegoś wymusić od mamy, ale złe nawyki przybiorą inną formę. Może wyrosnąć na antyspołecznego furiata, którego nikt nie będzie lubił, a on nawet nie będzie miał pojęcia, dlaczego tak się dzieje? Jeśli jakaś rodzina ma problem, polecam oczywiście skonsultować się ze mną, bo za siebie mogę ręczyć, a co najważniejsze - szukać rozwiązania. Nie czekać, aż coś się samo zmieni. Nie czekać - to jest podstawa.

Dowiedz się więcej na temat: wychowanie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje