"Jaka piękna iluzja"

"Jaka piękna iluzja" to szczera rozmowa dwóch mądrych kobiet - Magdaleny Tulli, pisarki i psychoterapeutki Justyny Dąbrowskiej. Oto fragmenty książki.

"Z dzieckiem jest jak z pudełkiem. Trudno wyjąć coś, czego się nie włożyło". 

Reklama

Szum

Wybrałam taki cytat na początek.

- Ale pocieszające jest to, że kiedy dzieci się rodzą, biorą nas na wychowanie.

Na wychowanie?

- Na przykład od pierwszej chwili próbują się z nami porozumieć. Jeśli nie umiemy, nauczą. Nie trzeba się przed tym bronić. To szansa.

Pierwsze dziecko zmienia wszystko. Zgodzisz się z tym?

- Tak właśnie było. W ciąży od razu rzuciłam palenie. Wtedy to było bardzo łatwe: przestałam brać papierosy do ręki. Nie brałam do ręki, więc nie paliłam. Robię tak do dziś. To pierwsza rzecz, którą zawdzięczam moim dzieciom, ale z nich najmniejsza. Nie wiedziałam, czy zdołam się porozumieć z małym dzieckiem, bo i z dorosłymi nie szło mi łatwo, takie były wtedy moje doświadczenia. Żeby się porozumiewać z innym człowiekiem, potrzeba trochę empatii, ale jeśli chodzi o dorosłych, to także znajomości umownego języka zachowań. Im bliższy związek, tym mniej ważny ten język, ale nigdy nie jest całkiem bez znaczenia, jeśli pominąć relację z własnymi dziećmi: ta może działać, nawet kiedy go nie znamy. Z tym tylko, że jeśli nie znamy, to nie nauczymy. I dzikość może przejść na dzieci. No więc ciąża. Musiałam iść na zwolnienie, bo to, co wtedy robiłam, nie było zajęciem dla kobiet w ciąży. Szpital, system dyżurowy, dużo ciężkich pozaplanowych operacji serca, podczas których prowadziłam sztuczne krążenie.

Lubiłaś być w ciąży?

- Była w tym nadzieja na coś wspaniałego i bardzo dużo niepokoju. Że jak mam kogoś nauczyć życia na tym świecie, kiedy sama tego dobrze nie umiem? W połowie ciąży pojechałam z moim mężem na wakacje do Włoch. Z różnymi ludźmi byłam przedtem blisko, ale nigdy się nie zdarzyło, żebym kogoś tam zabrała. Pokazałam mu rodzinę w Mediolanie, przyjaciół, różne swoje miejsca. We Włoszech moja "aspołeczność" nigdy mi nie przeszkadzała - nie wiem dlaczego.

- Myślę, że życie tam było pogodniejsze, zaszłości nie tak tragiczne, i dlatego w ludziach było mniej sztywności, więcej tolerancji. Kimś innym byłam w Warszawie, kimś innym w Mediolanie, do tego stopnia, że Mediolan i Warszawa to w moim życiu od zawsze były dwa osobne światy, nigdzie się nie łączyły. Ale kiedy przywiozłam tam mojego męża, nagle zobaczyłam swoje życie - podzielone na dwie części, polską i włoską - jako całość, zobaczyłam siebie jako całość. Od tamtej pory te dwa światy są dla mnie całością i ja też jestem całością. A potem wróciliśmy i w planie był poród.

Dlaczego chciałaś rodzić w domu?

- Odkąd pamiętam, obawiałam się instytucji, w których najważniejszy jest porządek, takich jak szkoła czy kolonie. Ten rodzaj porządku opiera się na łagodnej przemocy. Szpital położniczy wymaga od swoich pacjentek stuprocentowego przystosowania i karze kobiety za jego brak. Ma skłonność do histerycznych reakcji, jeśli wyczuje choćby cień oporu. Nie bałam się pracować na kardiochirurgii, ale pójść do szpitala położniczego jako pacjentka - tego bałam się bardzo. Wtedy w tych szpitalach było więcej przemocy niż teraz, każde głupstwo mogło je wyprowadzić z równowagi. Znałam opowieści, wiedziałam, jak to wygląda, i że nie jest tam łatwo nawet tym dziewczynom, które w zwyczajnych sytuacjach dobrze sobie radzą, a ja radziłam sobie średnio. Więc bałam się porodówki.

Wiedziałaś, czego konkretnie się boisz?

- Kiedy mamy do czynienia z regulaminem, który daje innym prawie absolutną władzę nad nami, trzeba mieć pewne cechy, które pomogą bezpiecznie przez to przejść. Nie miałam ich, za to miałam inne, które przeszkadzały: jakiś rodzaj nieprzytomności i coś, co odczytywano jako upór. Krótko mówiąc, łatwo popadałam w tarapaty, więc dobrze to znałam. Instytucje oparte na łagodnej przemocy bardzo takich ludzi nie lubią, bo czują się wobec nich bezradne. Najchętniej by się ich pozbyły, ale nie mogą. Za to, że nie mogą, trochę się mszczą. Teraz inaczej wyglądają moje sprawy, dużo się zmieniło. Ale w tamtym czasie miałam dopiero mętne wyobrażenie o tym, czego mi brakuje. Wyczuwałam niebezpieczeństwo. Bałam się, że nie dadzą mi spokojnie urodzić, że ktoś zacznie ze mną walczyć i nie będę wiedziała dlaczego, i że zapłaci za to moje dziecko.

Znałaś kogoś, kto rodził w domu?

- Szukaliśmy takich rodzin i poznaliśmy kilka. Jedna z tych dziewczyn obiecała, że będzie przez cały czas naszego porodu siedzieć przy telefonie. Stacjonarnym. W użyciu nie było jeszcze komórek. Miał też być z nami znajomy lekarz, nie położnik. Ale kiedy przyszło co do czego, on akurat zaczynał dyżur, a zszedł z dyżuru już po wszystkim. W tamtych czasach poród domowy to było coś bardzo radykalnego. Widziałam to inaczej: jako rozsądny wybór mniejszego niebezpieczeństwa.

- Nie byliśmy szaleni, miałam zrobione wszystkie badania, wiedzieliśmy, że sytuacja wyjściowa jest bardzo dobra. Tam, gdzie pracowałam, nasz pomysł wywołał wzburzenie wśród lekarzy i pielęgniarek. Powtarzano mi, że podczas porodu sytuacja może nagle się skomplikować i dojdzie do tragedii. Słuchałam tego, ale myślałam sobie, że już prędzej w szpitalu sytuacja się skomplikuje. We Włoszech spotkaliśmy się z lekarzem położnikiem, znajomym znajomych. Pracował w Turynie, w miejskim szpitalu, który głównie nadzorował porody domowe, i ten lekarz opowiadał nam, jak to działa. Uważał, że podczas domowego porodu wstępnie nieobciążonego żadnym czynnikiem ryzyka nic nie powinno stać się "nagle".

- Po powrocie z Włoch mój mąż wkręcił się na zajęcia na porodówce dla studentów medycyny, wszedł tam w zielonym ubraniu pożyczonym z mojego szpitala. Zobaczył poród, wrócił mocno zaniepokojony. Morze krwi, powiedział. Mój mąż widział krwotok, jaki zdarza się przy rozerwaniu łożyska. To właśnie jest specyfika szpitalnych porodów, to tam jest tyle krwi, w domu prawie jej nie ma, bo w domu nikt się nie spieszy, żeby to zakończyć i odfajkować. W Turynie z założenia wysyłano położną do ludzi takich jak my, z dobrymi wynikami badań, chyba że sami woleli szpital. Większość wybierała dom, z możliwością wezwania karetki. I karetka prawie nigdy nie wyjeżdżała.

- W Polsce nawet dziś poród domowy jest traktowany jak rebelia, choć przy bezproblemowej ciąży jest równie bezpieczny jak szpitalny. Bałam się szpitalnych komplikacji, a w domu czułam się bezpiecznie. Poród był długi, ale zostaliśmy uprzedzeni, że tak może być.




Fragment książki
Dowiedz się więcej na temat: Magdalena Tulli

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje