Gdy mądrzy ludzie odchodzą

Podobno nie ma ludzi niezastąpionych. Ale są tacy, których strata nie tylko boli, ale też tworzy wyrwę trudną do zapełnienia.

Nie da się zastąpić ich doświadczenia, ani mądrości, którą zdobywali przez lata praktyki. Przekonujemy się o tym zazwyczaj, gdy odchodzą, bo kiedy są blisko nas, naturalnym stanem rzeczy jest, że korzystamy z ich zasobów wiedzy, niewiele się nad tym zastanawiając.

Reklama

Czasami rodzice proszą mnie bym poleciła im dobrego specjalistę, który pomoże dziecku w trudnej sytuacji życiowej. Według mnie powinien to być psycholog, który potrafi mądrze rozmawiać - tak z pięciolatkiem, jak i piętnastolatkiem.

Są jednak przypadki, kiedy potrzebna jest interwencja psychiatry, a tych zazwyczaj jest jak na lekarstwo. Psychiatra kojarzy nam się z osobą wypisującą środki psychotropowe, a nie każdemu nastolatkowi można takowe zapisać, bo przecież mózg młodego człowieka znajduje się w przebudowie w całym okresie dojrzewania.

Na pytanie jednej z mam, kogo z dobrych psychiatrów mogłabym polecić, odpowiedziałam więc wymieniając nazwisko swojego wykładowcy, za którego ręczyłam głową. Nie tylko bowiem wiele wyniosłam z jego wykładów, ale też miałam okazję widzieć go przy pracy. Pamiętam, jakie wrażenie na mnie zrobił, gdy przeprowadzał wywiad z dzieckiem ze spektrum autyzmu.

Zazwyczaj lekarze badając takie dziecko zadają pytania: "Jak masz na imię? Do której klasy chodzisz? Gdzie mieszkasz?".

Mali pacjenci po kilku latach uczęszczania na zajęcia terapeutyczne są w stanie bezbłędnie odpowiedzieć na te pytania, nawet gdy ktoś obudzi ich w środku nocy.

Tymczasem mój mentor sprawdzał, co o prawdziwym życiu wie jego pacjent, pytając np. czy święty Mikołaj istnieje. Okazywało się, że młody człowiek wie niewiele, skoro naiwnie przekonywał, że świat bez staruszka z białą brodą rozdającego prezenty nie istnieje.

Niewiedza prowadzi do błędu

Dzień po tym, jak po raz kolejny poleciłam komuś znakomitego lekarza, spotkałam się z moją koleżanką z poprzedniej pracy. Prowadziłyśmy razem terapię logopedyczną z dziećmi, które jeszcze nie trafiły do szkoły. Porozmawiałyśmy o naszych uczniach, ich sukcesach i momentach porażek.

Powiedziałam jej, że odesłałam kolejnego nastolatka do naszego wykładowcy, na co ona odpowiedziała zdziwiona, że przecież pan doktor nie żyje. Przez kwadrans nie mogłam jej uwierzyć. Przekonywałam ją -  i siebie - że pewnie pomyliła nazwisko, że przecież był jeszcze stosunkowo młody, że to jest zwyczajnie niemożliwe.

Kiedy wróciłam do domu, pierwszą rzeczą, którą zrobiłam było otwarcie komputera i szukanie informacji na ten temat. Z nadzieją, że niczego nie znajdę. Niestety, szukać nie musiałam długo. Dr n. med. Tomasz Zyss zmarł kilka miesięcy temu.

Zazwyczaj jest tak, że osoby zmarłe zaczyna się gloryfikować po śmierci. Nic bardziej niż śmierć nie ma w sobie ciężaru gatunkowego, który sprawia, że brnie się w patos. I choć mam tego wszystkiego świadomość, wiem jedno - zmarł człowiek wybitny. Był nie tylko lekarzem Zespołu Oddziału Klinicznego Psychiatrii Dorosłych, Dzieci i Młodzieży Szpitala Uniwersyteckiego i Katedry Psychiatrii UJCM, ale też biegłym Sądu Okręgowego w Krakowie.

Pan doktor miał poczucie humoru. Pewnie uśmiałby się, że jego studentka odsyła pacjentów do ludzi, których już nie ma.

Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Zyss

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje