Uczymy ratować

Nie bój się! Ratuj życie

Naszym największym błędem jest strach przed udzieleniem pomocy. Samo ratowanie życia jest intuicyjne, nie da się tego zepsuć - przekonuje Marek Brzostowicz, ratownik medyczny, instruktor pierwszej pomocy współpracujący z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy.

Karolina Siudeja, INTERIA.PL: Jak to jest z udzielaniem pierwszej pomocy w Polsce? Mam wrażenie, że ciągle fatalnie.

Reklama

Marek Brzostowicz: - Niestety. Ludzie boją się udzielać pierwszej pomocy i to jest nasz największy problem. Twierdzą, że nie potrafią tego robić, nawet gdy w przeszłości przeszli kurs. Czytałem wyniki sondażu, wg którego tylko 2 proc. naszego społeczeństwa deklarowało, że potrafi pomóc osobie poszkodowanej w wypadku. Tymczasem nieudzielenie pomocy w sytuacji, gdy czas liczy się najbardziej, jest największym błędem. W polskim ustawodawstwie jest to nawet karalne.

Zapominamy, że to nasz obowiązek, nie dobra wola?

- Powinna to być przede wszystkim dobra wola, musimy jednak uświadomić sobie, że działanie świadka zdarzenia decyduje o przeżyciu poszkodowanego. W Europie, w ciągu roku 500 tys. razy zdarza się nagłe zatrzymanie krążenia. Jak to może wyglądać: na przykład na przystanku autobusowym stojący obok nas mężczyzna nagle osuwa się na ziemię, leży, nie rusza się, przestaje oddychać. Wówczas świadek takiej sytuacji jest najlepszą osobą, która może pomóc.

- Organizm człowieka, a szczególnie mózg, jest bardzo wrażliwy na brak tlenu. Już po około 4 minutach zachodzą w nim nieodwracalne zmiany. Resuscytacji czy choćby samych ucisków klatki piersiowej musi się podjąć świadek zdarzenia, aby "przedłużyć" te 4 minuty do przyjazdu zespołu ratownictwa medycznego.

Uciskanie klatki piersiowej i wykonywanie oddechów usta-usta nie jest proste. Budzi wiele obaw.

- Przeciwnie! Jest bardzo proste! Jeśli jednak nie pamiętamy, ile mamy wykonać uciśnięć, a ile oddechów - teraz jest to 30 uciśnięć na 2 wdechy, w każdej grupie wiekowej, albo nie chcemy dotykać naszymi ustami ust poszkodowanego, nie mamy specjalnej maseczki do sztucznego oddychania, wykonujmy w sposób ciągły same uciśnięcia.

- W kampaniach społecznych i spotach telewizyjnych często zachęca się do udzielania pierwszej pomocy w przypadku zatrzymania krążenia wyłącznie uciśnięciami klatki piersiowej. Z angielska nazywa się to hands-only CPR. To taki złoty środek między skutecznością a łatwością w udzielaniu pomocy.

To wystarczy? Same uciski?

- O wiele lepsze jest samo uciskanie klatki piersiowej niż bierne przyglądanie się. To kupowanie cennych minut poszkodowanemu, pomagamy w ten sposób sercu, które nie pracuje prawidłowo, transportować krew z tlenem do całego organizmu. Pamiętajmy tylko, aby naszymi rękami na środku klatki piersiowej poszkodowanego uciskać szybko i mocno.

Ludzie boją się, że mogą w ten sposób uszkodzić komuś żebra...

- Tak, na kursach pierwszej pomocy słyszę to bardzo często. Przede wszystkim ratując kogoś skupmy się na priorytetach - od połamanych żeber ważniejsze jest życie. Oczywiście, może dojść do czegoś takiego, ale nikt nie będzie miał do nas o to pretensji.

A jeśli podczas akcji ratunkowej zniszczymy czyjeś mienie, rozetniemy drogie ubranie, wybijemy szybę w samochodzie?

- Nic nam za to nie grozi! Chroni nas prawo, poza tym nie znam przypadku, w którym ktoś, komu ratowano życie, wniósł oskarżenie przeciwko temu, kto chciał mu pomóc.

- Osoba udzielająca pierwszej pomocy jest ponadto chroniona prawnie. Jeśli ratujemy cudze życie, np. na ulicy, w miejscu wypadku, korzystamy z  praw funkcjonariuszy publicznych. To znaczy, że gdyby ktoś nas wówczas napadł, byłby sądzony jak za napaść na policjanta.

Opór przed pomocą komuś innemu jest silny. Możemy się zwyczajnie brzydzić zbliżenia do obcej osoby, zwłaszcza ustami.

- Zawsze zachęcam do noszenia przy sobie jednorazowych rękawiczek i maseczki do wykonywania wdechów ratowniczych. Gdy udzielamy pierwszej pomocy, taki zestaw jest niezastąpiony, a my - pomagając - chronimy również siebie.

Ma pan takie przy sobie?

- Oczywiście, mogę pokazać, noszę je w najmniejszej, najrzadziej używanej kieszonki kurtki, jak również w formie breloczka do kluczy - wtedy zawsze mam je pod ręką.

Był pan świadkiem sytuacji, w której ktoś udzielający pierwszej pomocy swoimi działaniami dodatkowo zaszkodził poszkodowanemu?

- Nie przypominam sobie takiej sytuacji. Gdy działamy w dobrej wierze, aby komuś pomóc, raczej działamy intuicyjnie. Jeśli jest krwotok, wiemy, że trzeba go zatamować, gdy komuś zimno - należy go okryć, gdy nie oddycha - należy uciskać klatkę piersiową, no i oczywiście, w sytuacji zagrożenia życia należy zadzwonić na pogotowie. Na: 999 - bezpośrednio lub na ogólnoeuropejski numer 112.

-  Największą szkodę wyrządzamy człowiekowi, gdy przechodzimy obok niego obojętnie. Gdy wydaje nam się, że ktoś potrzebuje pomocy, należy zatrzymać się, potrząsnąć go za ramię i zapytać, czy wszystko w porządku.

Często osoby udzielające komuś pierwszej pomocy mają problem ze zdiagnozowaniem jego stanu. Co zrobić w sytuacji, gdy nie mamy pewności, czy poszkodowany zemdlał, czy może już nie oddycha?

- Jeżeli nie jesteśmy pewni, czy poszkodowany oddycha, a jego klatka piersiowa nie porusza się, nie słychać jego oddechu - należy rozpocząć uciskanie klatki piersiowej. Nie możemy w ten sposób zaszkodzić.

- Często zapominamy, że dookoła nas jest coraz więcej urządzeń AED, czyli defibrylatorów. Umieszczone są one często w miejscach publicznych, takich jak dworce, urzędy, galerie. Urządzenie to jest bardzo proste w obsłudze, w zasadzie trzeba je tylko włączyć, a ono poprowadzi nas przez cały proces udzielania pomocy. Wydaje proste polecenia głosowe, nie trzeba mieć żadnego przeszkolenia czy specjalnych uprawnień, by go używać.

Jak to urządzenie działa?

- Po podłączeniu elektrod do klatki piersiowej poszkodowanego AED sam analizuje rytm serca i określa, czy wymaga on defibrylacji, czy nie. Urządzenie dostarcza impuls elektryczny do serca i w ten sposób jest w stanie przywrócić jego prawidłową pracę.

Czyli nie musimy się obawiać, że użyjemy go bezpodstawnie.

- Dokładnie tak. To naprawdę przydatne urządzenie, może przywrócić krążenie i uratować komuś życie. Warto sprawdzić, gdzie znajduje się najbliższy defibrylator w naszej miejscowości.

Niechęć do udzielania pierwszej pomocy to tylko część problemu. W Polsce system ochrony zdrowia nie cieszy się najlepszą sławą. Ludzie nie ufają też pracownikom pogotowia...

- Kontrola NIK sprzed roku wykazała, że ratownictwo medyczne jest jednym z najlepiej działających ogniw w systemie ochrony zdrowia. Zbyt dużej ilości wezwań karetek jest winien brak zaufania do przychodni lub po prostu brak świadomości pacjenta o zadaniach zespołu ratownictwa medycznego.

- Pacjenci zawiedzeni długimi kolejkami do lekarzy próbują "drogi na skróty" wzywając karetkę. Nadal często oczekują, że ktoś, kto nią przyjedzie, wypisze im receptę. Karetka nie jest przychodnią na kółkach lub taksówką.

- Mamy dobry system ratownictwa, nowoczesną flotę śmigłowców ratowniczych,  dobrze wyposażone karetki, wykształcony personel. Jednak ludzie często narzekają, że np. pogotowie przyjechało za późno. Tymczasem wciąż zapominamy, że w Polsce jest niecałe półtora tysiąca karetek na 38 milionów ludzi! Łatwo można policzyć, że na jeden ambulans przypada 25 tysięcy potencjalnych potrzebujących.

- Często karetka ma do pokonania bardzo długą drogę do pacjenta, nie wspominając o utrudnieniach na trasie, czy o tak prozaicznej sprawie, jak brak widocznego numeru budynku - takich czynników jest dużo. Potem robi się medialny szum wokół tego, że system ratownictwa medycznego źle działa. Czy ktokolwiek wtedy pyta, czy świadkowie zdarzenia udzielili poszkodowanemu pierwszej pomocy? A to właśnie świadek jest pierwszym ogniwem w procesie ratowania życia.

Wróćmy więc do nauki ratowania życia. Jakie są najczęstsze zagrożenia?

- Na czele poważnych zdarzeń, do których najczęściej jeżdżą ratownicy medyczni, oprócz wypadków, są choroby kardiologiczne, w tym zawał.

Co robić, gdy my albo ktoś w naszym otoczeniu dostanie zawału?

- Należy taką osobę uspokoić, polecić jej usiąść i zadzwonić na pogotowie. Jak najszybciej. Statystyki pokazują jednak, że Polacy zgłaszają zawał średnio po 2 godzinach od momentu wystąpienia pierwszych objawów. Tymczasem silny ból w klatce i duszności powinny być wystarczającym sygnałem do tego, by wezwać karetkę.

Może zwlekają z telefonem bojąc się, że wezwą karetkę bez potrzeby? Obawiają się konsekwencji.

- Nie ma żadnych konsekwencji telefonu na pogotowie. Jeśli coś budzi nasz niepokój - dzwońmy. Dyspozytor na pogotowiu to doświadczony ratownik, przeszkolony do rozmowy, pokieruje nami, powie, co robić i pomoże sprawdzić, czy rzeczywiście mamy do czynienia z sytuacją zagrożenia życia. Warto zadzwonić choćby po to.

Mówił pan, że ludzie ze zbyt błahych powodów dzwonią na pogotowie.

- Owszem. Ale miałem na myśli te przypadki, gdy ktoś dzwoni po karetkę, bo ma gorączkę czy ból brzucha. Zgadzam się, że taki pacjent potrzebuje pomocy, ale powinien ją otrzymać w zakresie podstawowej opieki zdrowotnej, a nie oczekiwać przyjazdu zespołu ratownictwa medycznego przeznaczonego przecież do stanów nagłych.

- Jeśli jesteśmy w stanie sami pojechać lub dowieźć chorego do lekarza pierwszego kontaktu lub do poradni - zróbmy to!

- Musimy mieć świadomość, że nie każdy telefon na 999 zakończy się wysłaniem zespołu ratownictwa medycznego. Jak powiedziałem wcześniej ilość karetek jest ograniczona i trzeba nimi mądrze dysponować. Podam prosty przykład: 6 stycznia z rejonu obsługiwanego przez dyspozytornię w Krakowie na numer 999 zadzwoniło prawie 1200 osób, a dostępnych karetek było 74.

Wróćmy więc do sytuacji, gdy ktoś ma zawał...

- Jeśli osoba jest przytomna, to oprócz powiadomienia służb ratunkowych powinniśmy ułatwić jej oddychanie, rozpiąć koszulę lub rozwiązać krawat, otworzyć szeroko okno i ułożyć osobę w wygodnej dla niej pozycji. Tylko nie odsyłajmy chorego do łóżka na ostatnim piętrze domu! Ograniczmy jej wysiłek fizyczny do minimum, weźmy również pod uwagę to, że ratownicy będą musieli tę osobę później znosić. Ułatwmy im pracę w miarę możliwości. Pamiętajmy: skuteczność działania służb ratunkowych zależy również od nas!

Zdarza się, że utrudniamy wam pracę?

- Pewnie nie z premedytacją, ale niewiedza i brak wyobraźni powodują, że często na miejscu wypadku karetka ma trudności z dotarciem do poszkodowanych. Kierowcy na drodze zachowują się tak, jakby nie słyszeli jadącej na sygnałach karetki. Ludzie zamiast zrobić nam miejsce i ułatwić przejazd, gromadzą się w tłum, bo każdy chce popatrzeć.

Albo nagrywają wideo telefonami, zamiast pomagać.

- To niestety znak czasów.

Co jeszcze możemy zrobić, by poprawić bezpieczeństwo swoje i innych?

- Zachęcam do udziału w kursach pierwszej pomocy. Jeżeli tylko mamy okazję przypomnieć sobie zdobytą wiedzę na pokazach czy warsztatach - skorzystajmy z tego. Wtedy bez obaw będziemy udzielali pomocy potrzebującym.

INTERIA.PL jest oficjalnym partnerem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jeśli chcesz dołączyć do akcji, wejdź na stronę pomagam.interia.pl

Dowiedz się więcej na temat: pierwsza pomoc | Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje