Szczęśliwa matka, szczęśliwe dziecko

Dla współczesnych rodziców dziecko to projekt

- Dziecko traktowane jest jako cenny zasób, jako inwestycja, która powinna się zwrócić, jako projekt, którym trzeba efektywnie zarządzać. Rodzic staje się zatem menedżerem projektu, jakim jest jego dziecko - mówi dr Radosław Tyrała.

MAM DZIECKO INTERIA.PL: Jako że zbliża się Dzień Dziecka, na usta ciśnie się pytanie: "co z tym dzieciństwem"?

Reklama

Dr Radosław Tyrała, socjolog z Wydziału Humanistycznego AGH: - Słynna teza francuskiego historyka Philippe Ariès mówi, że coś takiego jak dzieciństwo - rozumiane jako osobny etap w życiu człowieka - zostało wynalezione dopiero w XIX wieku. Wcześniej dziecko traktowane było nie tyle jako osobna, rządząca się własnymi prawami faza rozwojowa w życiu człowieka, co jako niedorozwinięta forma dorosłości. Idąc za tą myślą, można powiedzieć, że dzieciństwo stale podlega procesowi konstrukcji i rekonstrukcji - zmienia się wraz ze zmianami społecznymi, gospodarczymi, technologicznymi i kulturowymi.

Jak szybko mogą zachodzić takie zmiany? Czy to jest proces, który rozgrywa się niemalże na naszych oczach?

- Tak właśnie jest. Widać to doskonale w Polsce. Spójrzmy chociażby na dawną instytucję "podwórka", rozumianego jako miejsce, gdzie dzieci socjalizowały i uspołeczniały się całymi dniami we własnym gronie. Większość dzisiejszych polskich trzydziestolatków na takich właśnie podwórkach spędziło dzieciństwo. Obecnie zostały one zastąpione przez place i placyki zabaw, gdzie dzieci bawią się, owszem, ze sobą, ale pod ścisłą kontrolą rodziców, bardzo często tatusiów.

Właśnie, kiedyś dzieciństwo wyglądało zupełnie inaczej: klucz na szyję i rób co chcesz... Dziś taka sytuacja jest dla nas, rodziców, nie do pomyślenia. Co się zmieniło?

- Wytłumaczeniem tego są promowane przez kulturę popularną, zwłaszcza wśród przedstawicieli klasy średniej, nowe wzorce wychowania dziecka. W ich myśl dziecko traktowane jest jako cenny zasób, jako inwestycja, która powinna się zwrócić, jako projekt, którym trzeba efektywnie zarządzać. Rodzic staje się zatem menedżerem projektu, jakim jest jego dziecko.

Czy sama kultura wystarcza jako wytłumaczenie tych zmian?

- Do tego dochodzi malejący przyrost naturalny. Coraz więcej par świadomie decyduje się - z różnych względów - tylko na jedno dziecko. Skuteczną kontrolę nad naszą dzietnością umożliwiają nam środki antykoncepcyjne, których jest na rynku cała masa. Na takiego jedynaka tym bardziej chucha się i dmucha. W sposób naturalny zapewnia się mu więcej czasu, uwagi i innych zasobów niż ma to miejsce w rodzinach, gdzie jest dwójka dzieci czy, tym bardziej, w rodzinach wielodzietnych. Swoją drogą, symptomatyczne jest, jak niewiele rodzin wielodzietnych spotkać można wśród przedstawicieli współczesnej klasy średniej.

A co z rozwojem nowych technologii? Czy fakt, że większość polskich dzieci ma dziś na biurku w domu komputer z dostępem do szerokopasmowo internetu, też jakoś zaważył na tych zmianach?


- Rzeczywiście, nie możemy i o tym zapominać. Jeszcze dwadzieścia lat temu nie było tak potężnej alternatywy dla wyjścia na podwórko, jaką dzisiaj jest komputer czy konsola do gier. To jest kolejny czynnik, który przytrzymuje dzieci w domu. Oczywiście nie ma go co demonizować i oskarżać komputery o alienowanie współczesnej młodzieży.

- Mamy tu do czynienia nie tyle z jakimś kryzysem uspołecznienia, co ze zmianą jego form. Dwadzieścia lat temu nie było przecież również portali społecznościowych, które obecnie w przeważającej mierze zapośredniczają relacje młodych ludzi. Stare dobre podwórka w pewnym sensie przeniosły się dziś z realu do wirtualu.

A jak w tym wszystkim odnajdują się sami rodzice?

- Oczywiście, chcą dla swoich dzieci jak najlepiej, ale nie zawsze im to dobrze wychodzi. Można dziś mówić o fenomenie rodzicielskiej nadkontroli, nadopiekuńczości. Z racji tego, że dziecko jest dziś projektem, którym trzeba zarządzać i tylko rodzice sądzą, że wiedzą najlepiej, jak to robić, czas dziecka jest ściśle zorganizowany.

- Stąd te wszystkie zajęcia dodatkowe, na które dziecko chodzić powinno, jeśli chce mieć - jak sądzą rodzice - lepszy start w życiu. Stąd języki (nie tylko kongresowe), jazdy konne, gra na instrumentach, zajęcia sportowe, korepetycje i tym podobne. Trudno się dziwić, że nie ma czasu na podwórko.

- Rzecz jednak w tym, że taka kontrola nigdy nie będzie całkowita, a wpływ absolutnie skuteczny. Dziecko nie jest kawałkiem gliny, który my - rodzice - jesteśmy w stanie wymodelować wedle własnych potrzeb i życzeń. Dziecko to wypadkowa wpływów, jakie wywierają na nie rówieśnicy, nawet ci, których nie tolerujemy, panie z przedszkola, nauczyciele i nauczycielki, dziadkowie, rodzeństwo, geny oraz najzwyklejszy przypadek. Nigdy nie opanujemy wszystkich tych czynników. Ta glina w końcu zacznie nam przeciekać przez palce i formować się wedle własnego pomysłu.

A co z ramami czasowymi współczesnego dzieciństwa? Kiedy się ono zaczyna?

- To kolejny przykład tego, jak bardzie dzieciństwo podatne jest na przekształcanie i rekonstrukcję. Przyzwyczajeni jesteśmy do myśli, że dzieciństwo rozpoczyna się mniej więcej w okresie porodu. Skoro tak, to jak wytłumaczyć te wszystkie zabiegi, jakie wykonujemy wokół dzieci jeszcze na kilka miesięcy przed porodem: słuchanie muzyki, ćwiczenia, dieta.

- Wszystko to robimy nie tylko z myślą o komforcie rodzicielskim, ale z myślą o komforcie jeszcze nie narodzonego dziecka. W pewnym sensie proces socjalizacji wydłużył nam się współcześnie o okres co najmniej kilku miesięcy ciąży.

A kiedy dzieciństwo się kończy?

- Tutaj też widać zmiany. Dzieci opuszczają domy rodzinne coraz później. Polska jest tego jednym z najlepszych przykładów w Europie. Mówi się nawet o pokoleniu gniazdowników. Z jednej strony nacisk na skończenie studiów, z drugiej zaś problemy ze znalezieniem pracy i mieszkania wśród młodych, sprawiają, że coraz więcej młodych ludzi jest utrzymywanych przez rodziców co najmniej do czasu ukończenia studiów. A coraz częściej na tym się nie kończy.

- Zwłaszcza problemy ze znalezieniem dobrze płatnej pracy i taniego lokum sprawiają, że coraz więcej młodych osób uznaje mieszkanie z rodzicami do trzydziestki, i dłużej, za racjonalną strategię życiową. W pewnym sensie dopisują oni w ten sposób do swojego dzieciństwa całkiem nowy rozdział.

Ale czy ten odmalowany tutaj portret polskiego dziecka i jego rodziców jest dzisiaj w Polsce portretem dominującym? Czy wszyscy tak żyją, czy też może mówimy tu wyłącznie o jakieś wybranej grupie?

- Racja, to wymaga dopowiedzenia. Nieprzypadkiem już kilka razy użyłem sformułowana "rodzice z klasy średniej". Obraz, jaki został tutaj nakreślony, dotyczy przede wszystkim tych ludzi - dobrze wykształconych, dobrze zarabiających, zaradnych życiowo, obytych z odmiennością kulturową, z aspiracjami. Należy jednak pamiętać, że takich ludzi mamy w Polsce coraz więcej. W tym sensie również promowana przez nich wizja dziecka i rodzicielstwa będzie coraz bardziej rozpowszechniona.

- Nie należy jednak zapominać o drugiej stronie medalu - o Polsce biednej i niewykształconej. Tam podwórka wciąż istnieją. Tyle tylko, że przeciętny przedstawiciel klasy średniej nie pozwala wchodzić na nie własnym dzieciom. Stąd też zresztą taka w Polsce moda na grodzenie dostępu do swoich osiedli. Mury dają złudzenie, że wszyscy żyją tak, jak my, tymczasem tak naprawdę utrwalają one podziały społeczne.

Jak zatem znaleźć złoty środek między przesadną troską a wyznaczaniem granic bezpieczeństwa?

- Trudno mnie się na ten temat wypowiadać jako socjologowi. To raczej pytanie do mistrzów sztuki życia, których mamy dziś niewielu - nie należy mylić ich z autorami poradników, których mamy dziś w bród... Na pewno trzeba trochę zwolnić. Promujący tę ideę ruch Slow robi się zresztą coraz bardziej popularny w krajach Zachodu. Jak najbardziej dotyczy to również tego, co robimy z naszymi dziećmi.

- Trzeba dać sobie na wstrzymanie w naszych zapędach do organizowania i kontrolowania życia naszych dzieci. Żeby to jednak zrobić, musimy się najpierw samoograniczyć w naszych, nie tylko rodzicielskich, aspiracjach. Trzeba też nieco bardziej zaufać naszym dzieciom. Założyć, że czasem to one wiedzą lepiej, co dla nich dobre. Trudne to wszystko, ale chyba nie ma wyjścia, jeśli chcemy wychować nie tyle geniusza, co po prostu szczęśliwe i spełnione dziecko.

WEŹ UDZIAŁ W NASZYM KONKURSIE I WYGRAJ WYJAZD DO BAŁTOWSKIEGO KOMPLEKSU TURYSTYCZNEGO DLA CAŁEJ RODZINY

Dowiedz się więcej na temat: dzieciństwo
Najlepsze tematy