Środa. Czuję się lepiej, ale nadal głównie leżę. Jestem głodna, Mirek obiecał, że zrobi obiad. Miał być o 17, jest 19. Nie odbiera komórki. Przychodzi o 20 i wyjmuje z plecaka niebieską dziecięcą koszulkę. - Dwie godziny spędziłem w Smyku - wyznaje, szczerząc zęby. Awantura. Bluzka jest na trzylatka, a my potrzebujemy śpiochów, w dodatku ma napis "I will be a pilot". Wiem, że to prowokacja, Mirek od dawna powtarza, że będzie naszego syna uczył latać odrzutowcem. Nigdy się na to nie zgodzę!
Trzydziesty szósty tydzień
Wtorek. Znajomi z małego wydawnictwa proponują mi funkcję naczelnej miesięcznika literackiego, który będą wydawać. Odmawiam. Mam zwolnienie, wielki brzuch i nie mogę chodzić. Kolega proponuje, że zaczniemy pracę u mnie w domu, będą do mnie przyjeżdżać. Zgadzam się i od razu dostaję zastrzyk energii. Zamawiam dla wszystkich ostrygi w cieście. A mały dziś nie kopie wcale. Halo: puk! puk! Denerwuję się, co u niego. Godzina, dwie i nic, więc zjadam pół tabliczki czekolady. Po słodkim synek zawsze zaczyna kopać. Tak jak teraz. Czyli wszystko jest w porządku. Proszę Mirka, żeby kupił dziecku Przygody Mikołajka, już czas, żeby zacząć mu czytać. Dziś na dywanie w naszym dużym pokoju mam kolegium redakcyjne, więc Mirek do szkoły rodzenia idzie sam. Robi notatki z oddychania przeponą.
Środa. Już wiem, że nie przesiedzę w domu urlopu macierzyńskiego. Zostaję naczelną nowej gazety "Bluszcz". Ustalam, że będę wpadać do biura na trzy godziny dziennie, a teksty redagować w domu. Okazuje się, że poza korporacją to możliwe. Szukam niani. Mamy baby boom, znalezienie kogoś z rekomendacją graniczy z cudem. Przyjaciółka poleca kuzynkę, która studiuje pedagogikę, ma czwórkę młodszego rodzeństwa i chce zarobić. Robię jej kilka spotkań kwalifikacyjnych. Pytam o dziwne rzeczy: wyznanie, znak zodiaku i czy głosowała na PiS, czy PO. Podoba mi się, że ma krótkie i zadbane paznokcie, ze wzruszeniem mówi o rodzinnym domu i na piątkę zdała egzamin z rozwoju niemowlaka. Dogadujemy się: 10 złotych za godzinę.
Czwartek. Ciągle słyszę makabryczne opowieści porodowe. Dziś dowiedziałam się, że koleżance koleżanki w trakcie parcia krew tryskała głową. Nie wiem, czy to możliwe, ale jestem przerażona. Cesarka na życzenie? 10 tysięcy. Urodzę naturalnie.
Piątek. Mały ułożony jest pośladkowo, a to znaczy, że będę miała cesarskie cięcie. Ale nie w moim szpitalu. Karowa to jedyna klinika, w której ciężarnym każe się rodzić pośladkowo. Lekarka, mimo że tam pracuje, odradza taki poród. Szukam miejsca gdzie indziej, po kilku dniach po znajomości znajduję miejsce w Praskim. Wszyscy współczują cesarki, ale ja oddycham z ulgą: nie będzie skurczów ani nacinania krocza. Ciągle proszę syna: "Mikusiu, nie zmieniaj pozycji".
Poród
Boję się, chciałabym, żeby mój syn dał mi jakiś znak, szepnął: "Mamo, panuję nad sytuacją, będzie dobrze". Na sali operacyjnej dostaję znieczulenie, zastrzyk w kręgosłup. Lekarze są mili, ordynator, siwy pan z brodą, nosi czepek z kolorowymi misiami. Przed sobą mam parawan, nad sobą szpitalną wielką lampę. Wszystko w niej widzę. Odwracam wzrok, kiedy chirurg bierze do ręki skalpel. Chyba dali mi "głupiego Jasia", bo nie mogę przestać się śmiać. W trakcie "porodu" myślę, jak urządzę pokój Mikołaja i o tym, co będzie na okładce pierwszego numeru mojej gazety. Nagle słyszę płacz dziecka. O Boże, już jest! Położna trzyma go nade mną, wyciągam rękę, mały sika mi do oka. Myślę, że położą go na piersi, a ja doświadczę czegoś wielkiego, ale zabierają synka na badania i zszywają brzuch. Bardzo chce mi się spać. Mirek przychodzi dwie godziny później. Jestem szczęśliwa, bo jest Mikuś, i zmęczona, bo strasznie mnie boli, a mały nie chce ssać piersi. Leżę pod kroplówką na zakrwawionym prześcieradle, którego pielęgniarki nie zdążyły zmienić. - Gdy patrzę, jaka jesteś biedna, kocham cię jeszcze bardziej - słyszę od męża. Zasypiam.
Pół roku później
Mieszkanie Asi i Mirka. W gabinecie, w którym miało stanąć wielkie mahoniowe biurko, jest niebieska kołyska. Rodzice urządzają tu pokój dla syna. - Miałam kilkutygodniową depresję poporodową, nie wiem, co by było, gdyby nie mama. Bałam się wziąć syna na ręce, przewinąć, bałam się, że go połamię i że może nie kocham go wystarczająco mocno. Dziś zamartwiam się, jak kaszlnie, dzwonię do pediatry, jak kichnie, tęsknię, gdy zostawiam go z nianią na dwie godziny, i już nie lubię jego przyszłej żony. Chcę szybko mieć drugie dziecko, żeby jakoś dzielić tę miłość. Nie można kochać aż tak mocno.
Natalia Kuc







Wasze komentarze
dodaj komentarz