Tak długo czekaliśmy

Decyzję o tym, by mieć dziecko, musieliśmy odkładać z mężem wiele lat. Teraz tym bardziej doceniamy fakt, że zostaliśmy rodzicami.

Kubuś pojawił się w naszej rodzinie 12 lat po ślubie. Nie dlatego, że nie mogłam zajść w ciążę czy z wygody, ale z powodu bardzo trudnej sytuacji mieszkaniowej.

Reklama

UDAŁO SIĘ ZA PIERWSZYM RAZEM

Tuż po przeprowadzce do własnych "czterech kątów", zaczęliśmy starać się o dziecko. Nie sądziłam jednak, że od razu zajdę w ciążę. W ciągu tych kilkunastu lat znalazły się bowiem "życzliwe" osoby, które namawiały nas, abyśmy udali się do specjalisty. Albo ostrzegały, że ci, którzy zbyt długo odwlekają decyzję o posiadaniu potomstwa, często wcale go nie mają. Kiedy więc na teście ciążowym zobaczyłam dwie kreski, poczułam ogromną radość, ale i nieco się zdziwiłam. Aby upewnić się, że zostaniemy rodzicami, kilka dni później poszłam do ginekologa. Lekarz zbadał mnie i powiedział, że jestem w 5. tygodniu ciąży. Założył mi specjalną kartę i polecił, abym się oszczędzała.

DOŚĆ TRUDNE DZIEWIĘĆ MIESIĘCY

Na początku ciąży ciągle czułam się zmęczona i senna. Z trudem wchodziłam po schodach na pierwsze piętro, a po powrocie z pracy od razu kładłam się do łóżka. Do końca pierwszego trymestru odczuwałam w ustach specyficzny posmak i miałam zachcianki jedzeniowe. Kilka razy zdarzało mi się np. wypić szklankę kwaśnego mleka, a za chwilę pół litra wody z kiszonych ogórków. Gdy podczas badania USG okazało się, że urodzi nam się chłopiec, męża zaczęła rozpierać duma - zbudował dom, posadził drzewo, a teraz będzie miał syna. Ja tymczasem z każdym tygodniem robiłam się coraz grubsza. W siódmym miesiącu ciąży miałam już tak duży brzuch, że siadałam okrakiem. Mimo to mąż ciągle mówił mi, że jestem dla niego atrakcyjna i seksowna.

NIESPODZIEWANY ROZWÓJ WYDARZEŃ

Dzień po wyznaczonym terminie porodu zgłosiłam się do swojego ginekologa. Lekarz zbadał mnie i stwierdził, że nic się nie dzieje. Dał mi więc skierowanie do szpitala i polecił, abym zgłosiła się tam za dwa dni. Kiedy wrócilłam do domu, był już późny wieczór. Mąż pojechał jeszcze do pracy, a ja położyłam się wcześniej spać. Obudziłam się tuż po północy, bo synek zaczął mnie boleśnie kopać. W tej samej chwili wrócił mąż. Nagle usłyszałam coś jakby "pyknięcie" i poczułam, że odchodzą mi wody płodowe. Przestraszyłam się, bo były zielone. Szybko chwyciłam przygotowaną wcześniej torbę i ruszyliśmy do szpitala.

NA SKRAJU WYCZERPANIA

Gdy dotarliśmy na miejsce, lekarz od razu zbadał mnie i stwierdził, że mam rozwarcie szyjki na dwa palce. Trafiłam więc do sali porodowej. Tam położna podłączyła mnie do KTG. Od piątej rano skurcze miałam już co 10 minut. Ból był nie do wytrzymania. Aby go złagodzić i rozluźnić mięśnie, dwukrotnie brałam kąpiel, siadałam na piłce, a mąż masował mi kręgosłup. Ponieważ poród nie postępował, o ósmej lekarz zdecydował, że trzeba podać mi oksytocynę. Gdy zaczęła działać, miałam skurcze co 5 minut. Wydawało mi się, że dłużej już tego nie wytrzymam. Poprosiłam więc o znieczulenie. Usłyszałam, że jest już na nie za późno.

NARESZCIE WE TRÓJKĘ

Około czternastej lekarz stwierdził, że mam pełne rozwarcie. Wtedy też pojawiły się bóle parte. Mimo to dzidziuś nadal nie schodził w dół. Gdy ginekolog zbadał mnie ponownie, okazało się, że główka dziecka źle wstawiła się do kanału rodnego. Powiedział, że w tej sytuacji trzeba będzie zrobić cesarskie cięcie. Przewieziono mnie więc na salę operacyjną. Tam dostałam znieczulenie. Po kilku minutach ból ustał.

Na początku cesarki poczułam coś jakby muśnięcie. Potem miałam wrażenie, że lekarz ugniata mi brzuch. Kiedy wyjęto Kubusia, położna przytuliła go do mojego policzka. Na jego widok popłakałam się ze szczęścia.

Tekst: Anna Zaliwska

KONSULTACJA: dr Krzysztof Kucharski, ginekolog-położnik.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje