Polka w ciąży - cześć III

Mamy w Polsce baby boom. Rodzą młode kobiety z pokolenia wyżu demograficznego i te, które decyzję o macierzyństwie odkładały na później.

Coś się w nas zmieniło. Już nie kariera i domek za miastem są naszym najważniejszym celem. Chcemy mieć dziecko - z mężem, z ukochanym, czasem same. Decydujemy się na krok, który całkowicie przebuduje nasze życie. Jesteśmy na to gotowe. O swoich najważniejszych dziewięciu miesiącach opowiada Justyna.

Reklama

Justyna, 39 lat, Roman, 43 lata, dziennikarze

Urodzili w domu, Justyna nie miała depresji przedporodowej ani poporodowej, w ciąży czuła się stuprocentową kobietą. O swoim porodzie mówi: "trochę bólu, a potem ekstaza, inny stan świadomości". Dziś jest mamą dwuipółletniej Magdy.

Piąty tydzień

Wtorek. Mam 37 lat. Pogodziłam się z myślą, że mogę nie mieć dzieci. Ale od paru dni czuję jakieś ciepło w brzuchu, wibrowanie. Zauważam, że cały świat jest pełny przyszłych mam. Na ulicy, w banku, w sklepie spożywczym spotykam przynajmniej kilka kobiet z brzuchem. Dziś nie zjadłam śniadania. Było to, co zwykle: kawa i ciastka, ale mi nie smakowały. Ciąża? Czy ja wiem... Od roku kochamy się bez zabezpieczenia i do tej pory nie zaszliśmy.

Środa. Ból, krzyk, krew, rozerwane krocza, wypadające macice, nieczułe położne - z tym do tej pory kojarzył mi się poród. Niedawno wróciłam z Belgii, tam spotkałam kobietę, która opowiadała o porodzie domowym. Mówiła: komfort, głębokie przeżycie, misterium narodzin. Wierzę, że wiedza, jak rodzić, jest w kobiecie zapisana naturalnie tak jak umiejętność oddychania. Gdybym była w ciąży, rodziłabym w domu.

Piątek. Przyjaciółka, która jest w ciąży, spojrzała na mnie rano i powiedziała: "Jesteś, jesteś", więc kupiłam test. Różowa kreska. Hurra! Chodzę w kółko po domu i głaszczę płaski brzuch. Zaczynam rozmawiać z małym człowieczkiem, którego mam w sobie. Romek się cieszy. Tego wieczoru kilka razy pyta mnie, jak się czuję, wieczorem masuje stopy. Czytałam, że w czasie ciąży u mężczyzn wydziela się więcej kobiecego hormonu, estrogenu. Dlatego stają się spokojniejsi i milsi.

Dwunasty tydzień

Czwartek. Zaczynam krwawić. Obficie. W gabinecie słyszę, że odkleiła się kosmówka, błona, która jest początkiem łożyska. Dostaję duphaston, lek na podtrzymanie. Każą mi leżeć przez tydzień. W pierwszych dniach mogę wstawać tylko do łazienki. Szanse, czy donoszę ciążę, są pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Boże, pewnie się nie uda, a było tak blisko. Zazwyczaj to, co się dzieje, przyjmuję z pokorą, teraz nie ma we mnie zgody. Będę leżeć plackiem, modlić się i medytować. Proszę dziecko, żeby się nie rozmyśliło.

Piątek. Krwawienie ustało. Dalej leżę. Koło łóżka Romek kładzie mi stos książek. Zasypiam po dwóch stronach.

Czternasty tydzień

Wtorek. Badania. Słyszymy, że dziecko rozwija się prawidłowo. Ma siedem i pół centymetra. Oddycham z ulgą. Z usg. wynika, że jest zdrowe. Nie zrobię badań prenatalnych, nie chcę poznać też płci dziecka. Przyjmę to, co da mi los. Stres odchodzi, wraca apetyt. Robię na obiad grillowanego halibuta.

Czwartek. Rano mam zgagę. Nic mi nie smakuje, marudzę i wypijam herbatę z wywarem z korzenia imbiru. Romek czyta gazetę. Wpadam na pomysł, że to dobry moment, by porozmawiać o porodzie. - Kochanie, chcę rodzić w domu. Jestem dojrzała i czuję, że tak będzie najlepiej dla mnie i dla dziecka. Milczy. Kontynuuję: - Jeśli ciąża będzie przebiegać prawidłowo, urodzę... na przykład w naszym pokoju. Cisza. Po chwili: - Ufam ci i będę cię wspierał. Jestem szczęściarą. Mąż Marty, mojej znajomej, uznał poród domowy za ryzykowną fanaberię, urodzi w szpitalu.

Dowiedz się więcej na temat: półki | NL | położna | Romek | dziecko | Polka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje