Taran Matharu: XVIII wiek był niezwykle inspirujący

Nikt nie wróżył mu sukcesu, jednak w ciągu miesiąca zdobył setki tysięcy czytelników. Jego książki przetłumaczono na piętnaście języków i są czytane przez załogi atomowych okrętów podwodnych. Wygląda na to, że Tarana Matharu czeka długa i owocna kariera. O jego książki i inspiracje wypytał go Adam Wieczorek.

Adam Wieczorek, Interia: Zacząłeś swoją karierę pisarską od publikacji na portalu Wattpad. Czy spodziewałeś się takiego sukcesu?

Reklama

- Nie. W tym czasie pracowałem dla wydawnictwa Penquin Random House w Wielkiej Brytanii. Byłem tam na dwumiesięcznym stażu w dziale sprzedaży i pamiętam, że nękałem szefa prośbami o możliwość pokazania moich prac profesjonalnym redaktorom. Zasugerował mi, żebym zamieścił to na Wattpad. Mam wrażenie, że chciał mnie po prostu zbyć i raczej nie wierzył, że coś z tego będzie. Zbiegło się to w czasie z narodowym konkursem pisarskim. Aby wziąć w nim udział, trzeba było napisać 50 tysięcy słów w jeden miesiąc. Stwierdziłem, że jest to dobra motywacja i przez miesiąc pisałem po jednym rozdziale dziennie i umieszczałem go na Wattpadzie. Miałem nadzieję, że moja opowieść będzie czytana, ale efekt przeszedł moje oczekiwania. Ponad 100 tysięcy czytelników w mniej niż miesiąc, a potem milion w niepełne cztery. A przecież to był tylko fragment, a nie cała książka. Teraz liczba ta przekroczyła 7,7 miliona. 

Czy idzie za tym równie imponująca sprzedaż książek?

- Do tej pory sprzedało się około pół miliona egzemplarzy papierowych w języku angielskim. Każda z książek w serii trafiała na listę bestsellerów New York Timesa. Dość zaskakujący był fakt, że angielska wersja książki sprzedawała się świetnie w Singapurze. Po Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Kanadzie, to mój najlepszy rynek. Do tego moje książki zostały przetłumaczone na czternaście języków. Jest też nielegalna wersja w Iranie. Opublikowali ją tam bez pytania o zgodę czy prawa autorskie. 

Może zaowocuje to w przyszłości. Na pewno będziesz tam znany. 

- Będę miał tam wyrobioną markę jeśli rynek wydawniczy się tam w końcu ustabilizuje (śmiech). Nie znam danych dotyczących sprzedaży w poszczególnych krajach, ale wiem, że moje książki są popularne we Francji, Niemczech, Brazylii i Polsce.

Czy to twoja pierwsza wizyta w Polsce?

- Tak, choć moja rodzina bywa tu często. Moja ciotka, która mieszka w Brazylii, ma częściowo polskie korzenie. Uwielbia Europę wschodnią i udzieliła mi wielu porad przed przyjazdem. Wiem, że będę chciał tu wrócić, bo teraz to tylko krótka, trzydniowa wizyta. Podoba mi się to co zobaczyłem i jestem zachwycony polskim jedzeniem. Odbyłem spotkania z fanami. Lubię takie wydarzenia, bo chcę wiedzieć, kim są moi czytelnicy. Siedząc godzinami przed komputerem zapomina się czasami, że tworzy się dla konkretnych ludzi. 

Kim są zatem twoi czytelnicy? Twoje książki są klasyfikowane, jako young adult, więc można by oczekiwać, że czytają cię głównie nastolatki.

- Rzeczywiście jest silna grupa nastoletnich czytelniczek i to widać na spotkaniach. Ale jest też dużo chłopaków, którzy identyfikują się z moimi bohaterami. Otrzymuję sporo maili od matek, które dziękują mi za zachęcenie ich synów do czytania. Proszą też o polecenie innych lektur, więc takie wskazuję, np. Eragona. Są też dorośli czytelnicy. Możesz nie uwierzyć, ale mam silną grupę fanów wśród amerykańskich żołnierzy i marynarzy. Cała załoga jednego atomowego okrętu podwodnego czyta moje książki. Bywa, że spędzają pół roku w zanurzeniu bez kontaktu ze światem. Nie wiem, jak moja powieść tam trafiła, ale dostałem od nich prośbę o wcześniejsze udostępnienie kolejnego tomu. Problem polega na tym, że mają planowe wypłynięcie zawsze na dwa tygodnie przed premierą. Przyznam, że bardzo chciałem to zrobić i przekazałem prośbę do mojego wydawcy, ale nie wiem czy ją spełnił. 

Krytycy zarzucają twoim książkom, że tworząc Cytadelę mocno inspirowałeś się twórczością J. K. Rowling i Hogwartem. Rzeczywiście tak było?

- W zasadzie mniej inspirowałem się Harrym Potterem, a bardziej Ziemiomorzem Ursuli Le Guin. Zarzuty, o których wspomniałeś, wynikają z olbrzymiej popularności cyklu Rowling. Gdy wstawiasz do książki szkołę z jakimkolwiek rodzajem magii natychmiast pojawiają się skojarzenia. Uważam, że jest dużo różnic między naszą twórczością. Vocan to uczelnia wojskowa. Zasadniczo to nie jest szkoła, bo nie uczą się tam np. matematyki, ale tego jak walczyć czy demonologii. Noszą mundury, mają stopnie wojskowe i pojedynkują się w ramach zajęć. Jest to zatem zupełnie inna placówka. Również system magii jest zupełnie inny, oparty o przyzywanie demonów, łapanie ich w innych wymiarach itp. Oczywiście uwielbiam Harry'ego Pottera i na pewno jest inspiracją, ale nie tak mocną, jak można by sądzić.

- Cykl to mieszanka moich ulubionych książek i filmów fantasy. Jest tam i Władca Pierścieni, z elfami, orkami i krasnoludami. Są tam też gry komputerowe, jak Skyrim czy Warhammer. Sztuka wojenna w cyklu jest wynikiem mojego zamiłowania do historii, zwłaszcza XVIII-wiecznej i czasów napoleońskich. Uważam, że to był najciekawszy okres w historii wojskowości, bo mimo obecności strzelb i dział były też szarże kawalerii czy pojedynki na miecze. Była to mieszanka walki w zwarciu i dystansowej. Strzały ciągle były w użyciu. W zasadzie było tam wszystko, co jest dość niezwykłe. Sięgałem tez do historii średniowiecza, szczególnie budując strukturę społeczną z królem na czele.

- Na pewno widać też moje zainteresowanie mitologią. Demony, które przyzywają bohaterowie to istoty z wielu kultur. Z mitologii hawajskiej wziąłem Nanaue, który jest w zasadzie lądowym rekinem. Z kultury japońskiej zapożyczyłem Raiju, który włada mocą elektryczności i był też inspiracją dla uwielbianego przez wielu Pikachu. Skoro już o tym mówię, to Pokemon również był dla mnie niewyczerpanym źródłem pomysłów. Zawsze podobał mi się koncept zwierzaków, które walczą za ciebie i rosną w siłę razem z tobą.

Mam wrażenie, że twoi bohaterowie, a szczególnie Fletcher jest bardzo postępowy i wierzy w równouprawnienie. Wydaje się, że przy wzrastającym poziomie nacjonalizmu przesłanie twojej książki staje się szczególnie ważne. Wierzysz, że możesz czegoś nauczyć nastolatków?

- Fletcher nie jest osobą uprzedzoną, ale oczywiście występują też tacy bohaterowie. Nawet ci stojący po stronie dobra są rasistami, jak brat krasnoludzkiego przyjaciela Fletchera. Są tu zatem różne elementy. Zasadniczo nie staram się nikogo pouczać, a bardziej pokazać pewien obraz świata. Rasizm i nienawiść do innych są stałym elementem naszego życia, mimo że aż tak się od siebie nie różnimy. Wyobraź sobie zatem świat, w którym istnieją inne rasy. Tam musi być jeszcze gorzej. Gdy spojrzysz na średniowieczne społeczeństwa, czy nawet obecne, dostrzeżesz wiele nierówności. Wszystko to istnieje i nie można o tym zapomnieć. Jeśli chcesz stworzyć realistyczny świat muszą być takie elementy.

Cykl składa się na razie z czterech książek. Czy teraz szykujesz coś nowego?

- W Polsce ukazały się na razie trzy książki, stanowiące zamknięty cykl. Będzie czwarta, która dzieje się przed wydarzeniami z trylogii. Poznajemy tam młodość bohaterów, którzy są dorośli w erze Fletchera. Rozwijam w ten sposób historię świata. Będzie też Companion Guide, który jest dziennikiem jednego z bohaterów. Jest jednocześnie pełen ilustracji demonów, map, drzew genealogicznych i innych fantastycznych rzeczy, które każdy chciał zobaczyć. To są już zakończone projekty, ale szykuję kolejny cykl, który rozplanowałem wstępnie na trzy tomy. To swego rodzaju science-fiction, opowiadające o chłopcu i dziewczynce z różnych czasów, którzy trafiają na inną planetę. Nie mają pojęcia, dlaczego tam się znaleźli i dopiero muszą to odkryć. Jeszcze jej nie skończyłem, ale powinna ukazać się w 2019 roku. 

Ile zajmuje ci napisanie powieści?

- Zgodnie z kontraktem mam tworzyć jedną książkę rocznie. Zwykle muszę ją oddać dzień przed premierą poprzedniej. Redakcja zajmuje około czterech miesięcy, co oznacza, że mam ją przed oczami jakieś osiem miesięcy przed premierą. Zazwyczaj samo pisanie zajmuje mi cztery miesiące, pod warunkiem, że robię to codziennie. Połowę mojej pierwszej książki napisałem w miesiąc. To było 50 tysięcy słów. 


Wrócisz jeszcze do Zaklinacza?

- Mam w głowie dziesiątki pomysłów, które chciałbym zrealizować. Nie chciałbym utknąć tylko w jednym świecie. Mam oczywiście pomysły, jak kontynuować serię. Prawdopodobnie zrobiłbym to z perspektywy dzieci bohaterów, przenosząc akcję jakieś 20 lat do przodu. 

Doczekamy się ekranizacji?

- Nie mogę o tym za wiele mówić, bo ciągle trwają negocjacje dotyczące filmu czy też serialu. Pracuję nad tym. 

Czy masz jakiś pomysł na książkę, który jeszcze się nie skrystalizował, ale który chciałbym zrealizować?

- Nie wiem, czy słyszałeś o LitRPG. To gatunek, który jest niezwykle popularny w Rosji i staje się popularny w Stanach Zjednoczonych. Zasadniczo opiera się na pomyśle umieszczenia bohatera w grze wideo. Jest duży nacisk na mechanikę, zdobywanie poziomów i osiągnięć. Jest wielu młodych mężczyzn, którzy nie czytają za wiele, ale ten gatunek do nich trafia. Mam zamiar promować i tworzyć takie książki. Wraz z dwoma kolegami otworzyłem małe wydawnictwo, które będzie się tym zajmować. 

W tym roku mamy premierę filmu Level Player One, która pewnie zwiększy zainteresowanie gatunkiem.

Akurat to jest LitRPG Lite, co oznacza, że mechanika i różne jej opisy nie występują tak często, albo wcale. Myślę, że napędzi rozwój tego rynku. Sam gram w cRPG. Uwielbiam Skyrim, ale też Dragon Age. Lubię serię Total War czy Mount and Blade. Znam i cenię polskiego Wiedźmina. 

Grywasz w klasyczne RPG czy tylko komputerowe?

- Muszę przyznać, że cały szał na Dungeons&Dragons mnie ominął. To już nie moje czasy. Nigdy nie miałem okazji zagrać, ale bardzo chciałbym spróbować. Zresztą w obrębie LitRPG jest podgatunek opowiadający o przenoszeniu do świata gier planszowych. Myślę, że jest tu dużo do zrobienia.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje