Michał Rusinek: Jestem skrzyżowaniem Królika i Kłapouchego

- Książki dla dzieci nie powstają raczej z innych książek dla dzieci. Powstają w dużej mierze z obserwacji maluchów i podsłuchiwania ich języka - mówi Michał Rusinek, autor książek dla dzieci i tłumacz nowych przygód Kubusia Puchatka.

Adam Wieczorek, Interia: Skąd wzięło się pana zamiłowanie do tworzenia książek dla dzieci?

Reklama

Michał Rusinek: - Pisanie książek dla dzieci zaczęło się od... dzieci. One życzyły sobie opowiadania bajek na dobranoc. W tym wymyślaniu chodziło o to, aby były nie tylko interesujące, ale i usypiające. Kłopoty zaczęły się, gdy padła prośba: "Opowiedz to, co było w zeszły czwartek". Wtedy zrozumiałem, że trzeba je zapisywać. Ostatecznie nic z tego nie wyszło. Ale to był pierwszy impuls.

- Drugi impuls był anegdotyczny. Byłem wtedy sekretarzem Wisławy Szymborskiej. Przyszedł do niej Jerzy Illg, redaktor naczelny wydawnictwa Znak, proponując przetłumaczenie wierszy dla dzieci A. A. Milne'a. Ona powiedziała, że przecież nie nadaje się do tej roli, bo nie zna angielskiego, ani nie pisała nigdy dla dzieci. I podziękowała uprzejmie. Na co redaktor rozejrzał się po pokoju, w którym byłem tylko ja i powiedział ponurym głosem: "No to może ty?". Zachęcony tym entuzjazmem, postanowiłem przetłumaczyć na próbę kilka wierszy. Ostatecznie w moim przekładzie ukazały się wszystkie wiersze Milne'a. 

Ile trzeba przeczytać książek dla dzieci, żeby samemu napisać dobrą?

- Nie jestem przekonany czy to tak działa. Przede wszystkim trzeba czytać dużo książek w dzieciństwie i zaprzyjaźniać się z występującymi tam postaciami. Ale książki dla dzieci nie powstają raczej z innych książek dla dzieci. Powstają w dużej mierze z obserwacji maluchów i podsłuchiwania ich języka. Dziecko wchodzące w język, wypowiadające pierwsze słowo czy zdanie, to dla rodzica wielkie przeżycie. Może też być to przeżycie literacko inspirujące.

Czyta pan swoim dzieciom?

- Już nie, bo to są nastolatki - mają 17 i 13 lat. 

Nie tęskni pan za tym?

- Oczywiście, że tęsknię. W przyszłości, jak zostanę dziadkiem, choć mam nadzieję, że jeszcze nieprędko (śmiech), wrócę do tego. Takie czytanie było wspaniałym doświadczeniem. Ale moment, gdy widziałem, że dzieci same sobie czytają był również bardzo wzruszający. 

- Tłumaczę Fistaszki Schulza i gdy dwa razy do roku przychodziły egzemplarze autorskie, zawsze musiałem odłożyć dwie sztuki dla dzieci. Potem nasłuchiwałem, jak chichotały w swoich pokojach.

Znał pan wcześniej Fistaszki?

- Tak. Na nich uczyłem się angielskiego. Tata przywiózł je z Anglii, kiedy byłem mały. Kazałem je sobie czytać i tłumaczyć. Nauczyłem się na ich pamięć. Robiłem tym duże wrażenie na moich kolegach w szkole. Po latach zaproponowano mi przekład pierwszych tomików. Nie miałem wtedy kompletnie czasu, ale stwierdziłem, że dla Fistaszków go znajdę. Właśnie ukazuje się 16 tom z zaplanowanych 25. 

To chyba tytaniczna praca?

- Raczej bardzo przyjemna. Problem był na początku, gdy trzeba było podjąć decyzje, nazwijmy je stylistyczne. Bohaterowie musieli zacząć mówić jakimś językiem. Były wcześniejsze przekłady gazetowe, ale ja wymyśliłem ten język trochę inaczej. Gdy wchodzę na nowo w ten świat niezwykłych postaci, to przekład jest dużą przyjemnością. 

Czy teraz sięga pan po książki dla dzieci?

- Tak. Od kilku lat współpracuję z programem Xięgarnia w TVN24 jako felietonista. Powiedziałem sobie, że będę mówił na zmianę o książce dla dorosłych i dla dzieci. Także dlatego, że wcześniej pisałem dla miesięcznika "Twoje Dziecko" rekomendacje książek dla dzieci, dla młodych rodziców. Bałem się początkowo, że nie będę miał co robić, bo ile może być tych wartych uwagi książek? Okazuje się, że wychodzi ich mnóstwo i to bardzo pięknych. Często potrzebne są takie wskazówki i rekomendacje, bo rodzice nie wiedzą, że takie książki istnieją i gdzie ich szukać. Miałem zatem pretekst, aby takie książki czytać i by o nich pisać. Moim zdaniem zwłaszcza mali wydawcy potrzebują, żeby szerzej mówić o ich pięknych książkach. 

- Wydaje się, że literaturę dla dzieci traktuje się mniej poważnie. Rzadko mówi się o tym, że Polacy, graficy, pisarze i wydawcy, zdobywają najważniejsze nagrody na świecie za tego typu książki. Mamy się czym pochwalić.

Jest jakaś nowa książka dla dzieci, którą szczególnie pan polubił?

- Jest ich dużo. Ostatnio wpadła mi ręce przełożona z portugalskiego przez Tomasza Pindla książka "Aciumpa" Catariny Sobral. To prościutka opowiastka o jednym słowie, która porusza wiele kwestii znanych z filozofii języka. A ponieważ sam ponoć wymyśliłem podobne słowo w dzieciństwie, tym bardziej poczułem się zaintrygowany. Aż żałuję, że sam nie wpadłem na pomysł napisania takiej książki.

Przejdźmy zatem do pana książek. Na okładce "Nowych przygód Puchatka" pana nazwisko jest większe niż nazwiska autorów. 

- Proszę nie szydzić (śmiech). Wiedziałem, że ktoś na pewno to zauważy. Zapewniam, że to nie była moja decyzja. Akurat tutaj autorów jest czworo i są nieznani w Polsce. Chyba bardziej znany jest ilustrator. Stąd taka, a nie inna decyzja wydawcy.

W Polsce były dwa tłumaczenia Puchatka, jedno autorstwa Ireny Tuwim, drugie Moniki Adamczyk-Garbowskiej, która zrobiła z bohatera Fredzię Phi-Phi. Pan trzyma się pierwszego przekładu. Jednak patrząc na ilość gier językowych, musiało być to trudne zadanie.

- Było z tym dużo kłopotu. U samego Milne'a też jest trochę gier słownych. Tutaj jest jedno opowiadanie, którego pomysł oparty jest na grze słów. Opowieść o "przyprawie" do Nilu. To był pewien kłopot, bo na ilustracji pojawia się sosjerka. W oryginale "sauce of the Nile", oparte na grze słownej sauce - sos i source - źrodło. Po polsku nie udało się tego przełożyć bezpośrednio. Wymyśliłem więc przeprawę i przyprawę. Mam nadzieję, że czytelnicy tę przyprawę strawią. Cóż, wygląda na to, że autorzy nie myśleli o biednych tłumaczach na inne języki. 

W pierwszej części książki podobało mi się określenie smoków, jako "mimarłe" i "wytyczne". Jak to wyglądało w oryginale?

- Ex-stinkt i mithicle. Żart polegał na podobieństwu brzmieniowym. Ja zamieniłem pierwsze sylaby, bo uznałem, że to będzie śmieszniejsze. Podobnych gier słów jest więcej. Więcej jest też poczucia humoru niż u Milne'a. Opowiadania są dzięki temu lżejsze. 

- Tłumaczyłem też poprzednią kontynuację, "Powrót do stumilowego lasu" Davida Benedictusa. To była zamknięta powieść, podzielona na rozdziały, które były osobnymi, ale powiązanymi ze sobą przygodami. Tutaj przygody nie są ze sobą związane. Jest arbitralny podział na cztery pory roku. Ciekawy jest też zabieg wprowadzenia nowej postaci.

Pojawia się pingwinek, który był dobrze umotywowany zdjęciem Christophera z zabawkowym pingwinem.

- Zapewne mało brakowało, by pojawił się u Milne'a. Na pewno mógł być.

Skoro jesteśmy przy Puchatku, to muszę zapytać, z którą postacią się pan identyfikuje?

- Proszę pana, oczywiście, że z Kłapouchym! Najbardziej irytują mnie za to Tygryski. Nawet obecnie. Jeśli zaś chodzi o moją potrzebę zajmowania się czymś nieustannie, to bliski jest mi Królik. Jestem skrzyżowaniem Królika i Kłapouchego.

Kłapouchy jest chyba ulubioną postacią większości rodziców.

- Ma taki stosunek do życia, który jest im bliski. Zwłaszcza, jeśli nieustannie walczą z rozbrykanymi Tygryskami.

Jestem ciekaw pańskiego zdania, jako językoznawcy, na temat przekładu z Fredzią Phi-Phi. Nie uważa pan, że było karkołomne?

- Nie. Uważam, że było potrzebne. Irena Tuwim nie tyle przetłumaczyła te książki, ile je spolszczyła, czyli stworzyła polskie odpowiedniki, angielski oryginał traktując dość swobodnie. Jest to najwyższy poziom translatorski, ale z drugiej strony wielu rzeczy w tym przekładzie po prostu nie ma. Tłumacząc "Nowe przygody" natrafiłem na odniesienie do fragmentu, którego w polskim przekładzie nie ma, bo Irena Tuwim go pominęła.

- Przekład pani Moniki Adamczyk-Garbowskiej był eksperymentem, próbą wiernego przekładu książki, którą każdy zna z przekładu niewiernego, ale pięknego i wrośniętego w język i tradycję. Myślę, że Fredzia Phi-Phi nie jest książką dla dzieci, ale książką translatologów. Swoją drogą, to dość dziwne, że istnieją tylko dwa tłumaczenia "Winnie-the-Pooh". "Alicja w Krainie Czarów" doczekała się bodajże jedenastu. 

Do niektórych swoich książek zaangażował pan dzieci - tak było przy przekrętach i przeklinaniu. Czy można się spodziewać kolejnych tego typu książek?

- Na razie nie mam pomysłu na książki tego typu. Były tylko dwie, wydane osobno jako "Jak przeklinać" i "Jak robić przekręty". Niedawno ukazało się ich wznowienie w jednym tomie. Rzeczywiście, za pośrednictwem Dzień Dobry TVN poprosiłem rodziców o przesłanie charakterystycznych słów i powiedzonek ich dzieci. Odzew był niesamowity. Zatkały się serwery. Często powiedzonka były okraszone historiami. Pewna pani napisała: "Mój Henryczek ma już prawie 60 lat, ale jeszcze wciąż pamiętam, jak przekręcał...". Wznowienie książki ilustrowała moja siostra.

Miał pan jakiś wpływ na te ilustracje? 

- Nie. Mamy podobne poczucie humoru i to wystarczyło. Nie była to też pierwsza książka, którą robiliśmy razem.

- Lubię współpracować z ilustratorami. Jeżeli wierszyk jest bardzo abstrakcyjny, to dobrze, aby ilustracja jakoś go uzupełniała, ukonkretniała. Lubię też sytuacje, gdy ilustracje są trochę osobnymi światami, gdy między nimi, a tekstem dzieje się coś ciekawego. Dlatego dobrze jest współpracować z doświadczonymi ilustratorami. Mam do tego szczęście. Weźmy "Księgę Potworów", którą ilustrował wspaniale Daniel de Latour. Stworzył osobny świat. Bardzo lubię ilustrację do wierszyka o Sylfie, którego nie widać.

- Współpracowałem z Joanną Olech, Martą Ignerską, Małgorzatą Bieńkowską i Iwoną Całą. Jest jeszcze paru ilustratorów, z którymi chciałbym pracować. Bardzo zajęty jest Piotr Socha, ale mam nadzieję, że się nam uda spotkać. Jacek Gawłowski akurat ilustruje moją książkę dla dorosłych. Mam też jednego mistrza, który niestety już nie żyje. To Edward Gorey, którego wierszyki i utwory prozą miałem przyjemność tłumaczyć. 

Nie uważa pan, że ilustracje w książkach dla dorosłych spotyka się już coraz rzadziej.

- Jest ich pewnie mniej, ale ilustracja prasowa z ambicjami artystycznymi może pasować do różnych rzeczy. Bardzo lubię "Leksykon polskich powiedzeń historycznych", który jest poważną książką. Ilustracje Jacka Gawłowskiego spowodowały, że stała się lżejsza. I ciekawsza jako przedmiot. 

Wróćmy jeszcze na chwilę do "Księgi Potworów". Skąd wziął się na nią pomysł?

- Od wydawcy, który chciał stworzyć książkę, gdzie pojawią się stwory z różnych mitologii. Spodobało mi się to. Chciałem tylko, aby moje wierszyki nie opowiadały historii, tylko były podszyte purnonsensem. Zdecydowaliśmy za to, że na końcu książki pojawi się indeks, który będzie sytuował te potwory w kulturze, także tej popularnej. Sam się z niego dowiedziałem, że wiele z tych postaci ma drugie czy trzecie życie w grach komputerowych. 

Pracuje pan nad kolejną książką dla dzieci?

- Zacząłem, choć w zasadzie powinienem już kończyć, książkę z pewnej serii. Były już "Wierszyki domowe", "Wierszyki rodzinne". Teraz będą "Wierszyki podróżne". Bo podróżujemy, a nawet jeśli nie podróżujemy, to przecież byśmy chcieli. Wymyśliłem, żeby stworzyć indeks miejsc, w które można pojechać, choćby palcem po mapie. Będzie on bardziej zabawą językową, niż przewodnikiem. 

Ilustracje też będzie robić pana siostra?

- Wiele na to wskazuje. 

I na zakończenie, jaka jest pana ulubiona książka z dzieciństwa?

- Bardzo lubiłem Kubusia Puchatka i to była ta pierwsza książka. Później był "Hobbit", a potem "Władca Pierścieni", ale to już wychodzenie z dzieciństwa. Literatura fantasy jest dobrym pomostem między literaturą dla dzieci i dorosłych.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Michał Rusinek | kubuś puchatek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje